Dodany Czerwiec 10th, 2012.
Kategoria: Negocjacje

Tak paradoksalnie na świecie jest, że nacjonaliści z przeciwnych strony idą „ręka w rękę” – starając się „dokopać” tym drugim, a przez to wspólnie prowadzą do konfrontacji…

Pisma prawicowe w Polsce nawoływały do celebracji „Hołdu Ruskiego”, a post-sowieccy nacjonaliści do czczenia Stalina i kultywacji tradycji Armii Czerwonej..

Tak i teraz obserwujemy nawoływania do „zdzierania sowieckich symboli” i możemy się spodziewać podobnych zachowań ze strony rosyjskich kiboli…

Cóż.. idiotów nie brakuje po żadnej stronie. Gorzej, że nie brakuje też cynicznych politykierów, gotowych napuszczać na siebie narody, po to tylko, by umacniać swoje wpływy.

Ale prawdziwa walka toczy się o „rząd dusz”, wszystkich tych, co łatwo mogą zareagować na okrzyk „naszych biją”..

Nie pozwólmy więc na rozkręcanie się spirali nienawiści, nie pozwalajmy na to, by głupie, nacjonalistyczne prowokacje niszczyły nastrój Euro, ani nadzieję na pozytywne przemiany w Rosji..

Rozmawiajmy z Rosjanami nie tylko o Katyniu, ale i o Ciołkowskim, Sacharowie, Suworowie (tym od Akwarium).. I przyznajmy się do działalności Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego..

A wszystkim polecam piękna pieśń Okudżawy.. który tak jak Stalin był zrusyfikowanym Gruzinem, a jednak był jednym z najwspanialszych przyjaciół Polski…
http://www.youtube.com/watch?v=79VUyX_E9pk

Spacyfikujmy mącicieli przyjaznym nastawieniem, szukajmy wśród Moskali przyjaciół, a nie wrogów..

A życie dodało dwa komentarze:

1.  Korespondent w Rosji: Jeśli rosyjscy kibice zostaną sprowokowani, dadzą zdecydowany odpór

http://natemat.pl/16213,korespondent-w-rosji-jesli-rosyjscy-kibice-zostana-sprowokowani-dadza-zdecydowany-odpor

2. Rosjanie złożyli kwiaty pod tablicą upamiętniającą katastrofę smoleńską

http://natemat.pl/18185,rosjanie-zlozyli-kwiaty-pod-tablica-upamietniajaca-katastrofe-smolenska

 

 

Minister Nowak podejmuje zdecydowane działania na rzecz nagminnie bankrutujących podwykonawców..  Pytanie jednak, czy te działania, mające obronić ich przed chronicznym już niewywiązywaniem się zleceniodawców ze zobowiązań są tym co jest naprawdę potrzebne?

Wątpliwości budzi zarówno sposób rozwiązania (gwarancje i zaświadczenia) jak i sposób jej wprowadzania – przez kolejną ustawę.

Żądanie od wykonawców dodatkowych ubezpieczeń – na kwotę 3% kontraktu – na ew. pokrycie należności jest ruchem budzącym wiele wątpliwości.  Choć docenić można intencje, to efekt amortyzujący takiej kwoty jest wątpliwy (przy kosztach materiałów, które, jak skoczyły o kilkadziesiąt procent. I to przy ponad pięćdziesięcioprocentowym ich udziale w całej strukturze kosztów.  O ile jednak amortyzujący efekt jest wątpliwy, to na pewno wymóg takich ubezpieczeń w sposób istotny skomplikuje i przedłuży czas przygotowania oferty, a więc i całej procedury przetargowej.  A już obecnie często się zdarza, że czas przetargów i ustaleń jest dłuższy, niż czas prowadzenia robót inwestycyjnych.

Co więcej – Minister oczekuje, że główny wykonawca udokumentuje fakt zapłacenia pod-wykonawcom zanim sam otrzyma należność.   To w oczywisty sposób wyeliminuje z przetargów znaczną liczbę firm, które nie mają aż tak znacznych zasobów gotówki…  W konsekwencji realizacja projektów inwestycyjnych będzie droższa i jeszcze bardziej rozciągnięta w czasie..  Ale czy można inaczej?  Można.  Bardzo prosto. Przez pominięcie płatności na konto wykonawcy-koordynatora.  Jeśli obawiamy się problemów z płatnościami, można przyjąć zasadę, że inwestor płaci należność bezpośrednio na konto podwykonawcy po trzymaniu faktury parafowanej „przyjęto i zaakceptowano pod względem formalnym i rzeczowym” przez koordynatora inwestycji.  Nikt na tym nie traci, wszyscy zyskują.  Zyskuje nawet wykonawca-koordynator który mógł mieć kłopoty z pozyskaniem dobrych podwykonawców, który obawiać się mogli jego niewypłacalności..

Proste jest piękne, prawda?

Drugi problem, to sposób wprowadzania zmian.  Polska cierpi na obsesyjną wręcz chęć naprawiania wszystkiego przy pomocy kolejnych ustaw.  Ustawy – po pierwsze – z natury rzeczy wchodzą w życie z opóźnieniem, po drugie – przedłużają proces legislacyjny innych regulacji, i – po trzecie – z natury rzeczy są trudno zmieniane, bo w przypadku błędów wymagają uruchomienia kolejnego cyklu procesu ustawodawczego.   A przecież wiele potrzebnych zmian, a co najmniej te, mogą być w prowadzone w formie zalecenia, rozporządzenia czy po prostu jako rekomendacja dobrych praktyk dla instytucji prowadzących przetargi..

Bo przecież nie potrzebujemy więcej ustaw, potrzebujemy lepszych praktyk zarządzania.

Ale… Dawno temu, jeszcze „za komuny” mówiło się ironicznie „po co ma być prosto, jak można skomplikować.” I co?  „Nowe wraca”?

Ale nie chodzi o to, żeby krytykować błąd.  Każdy popełnia błędy.  Rzecz w tym, jak – w sposób systemowy zapobiegać takim błędom.

Już od dawna nauka pracuje nad zrozumieniem zagadnienia „dlaczego mądrzy ludzie podejmują głupie decyzje” – i,  co najważniejsze

„co z tym można zrobić”.   Wypracowana kilka efektywnych podejść, które w stosowane w odpowiedniej kombinacji dają możliwość unikania
błędnych decyzji.

Jedno, to metoda „burzy mózgów”  – metoda poszukiwania nowych pomysłów, pozornie dobrze znana, ale wcale nie tak często stosowana.
Drugie, to  pakiet zaleceń wynikających z identyfikacji problemu nazwanego „groupthink” – grupowym myśleniem; trzecie to technika zwana
„naradą morderców”, a rekomendowana  tam, gdzie decyzje dotyczą regulacyjnego wpływu „centrum” na zależne podmiotu.
Sprowadza się ona do poszukiwania sposobów, w jaki podmioty zależne mógłby „ograć” centrum pozornie podporządkowując się zaleceniom,
a w rzeczywistości maksymalizując swoje partykularne korzyści.

Metody lepszego podejmowania decyzji są w zasięgu ręki.  Wystarczy po nie sięgnąć.

 

 

„Cholera jasna! To położy nasz budżet!” – przeklina burmistrz Gródka (4 999 mieszkańców) na wieść, że Kowalska powiła  dwoje bliźniaków.

Jak to możliwe?

 

Chyba trudno o lepszy czas, niż dzień matur matematycznych na ten temat..  Nauka matematyki nie powinna służyć wkuwaniu niepotrzebnych nikomu regułek, powinna rozwijać wyobraźnię..  Powinna dawać umiejętność „mierzenia świata”, kalkulowania planów i konsekwencji naszych działań..

Agendy Polskiego Państwa wykazują jednak czasem szokujący brak wyobraźni matematycznej.

A konkretnie: W dokumentacji konkursu otwartego  „Program Operacyjny Kapitał Ludzki” możemy przeczytać, że” Łączna wartość kosztów zarządzania projektem /../ nie może przekroczyć:

c) 20% wartości projektu w przypadku projektów o wartości powyżej 1 mln i do 2 mln zł

włącznie;

d) 15% wartości projektu /../ powyżej 2 mln i do 5 mln zł włącznie;

e) 10% wartości projektu w przypadku projektów o wartości powyżej 5 mln zł.”

 

W konsekwencji, jeśli mamy projekt o wartości 2 mln zł, to na zarządzanie nim możemy przeznaczyć 400 tysięcy; jeśli postanowimy jeszcze zrobić kilka rzeczy więcej, za 500 tysięcy, to kwota ta.. spadnie (!) do 375 tysięcy..  Jeszcze zabawniej, jeśli będziemy realizować ambitny, projekt, który oryginalnie miał wartość 5 mln a rozbudujemy go do 6 milionów… Wtedy to kwota na administrowanie projektem spadnie nam z 750, do 600 tysięcy.  Gdzie logika?

 

Ale to nic.  Można powiedzieć – projekty unijne nie są obowiązkowe, a darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.. Dlatego powinniśmy się cieszyć, że jakieś pieniądze z Unii dostajemy, bo to zastrzyk dla naszej gospodarki. Niby tak.. Ale..

Rządy- nawet pan-europejskie –  nie dają nam pieniędzy.  Rządy redystrybuują te, które od nas, podatników wzięto.  Nawet jeśli więcej, trzy razy więcej dostajemy z unijnej kasy niż stamtąd bierzemy, to i tak powinniśmy to przyzwoicie policzyć.

Bo – powiedzmy: wpłacamy 30 milionów, dostajemy 120.  Hurra!  Jesteśmy 90 do przodu.. Ale.. Jeśli 50%  tej kwoty jest marnowane na koszty administracyjne (po stronie wszystkich kolejnych szczebli administracji, beneficjentów, i tych co beneficjentami nie zostali)?  (Te ostatnie koszta są chyba najczęściej ignorowane…

A to, co jest wydatkowane zgodnie z z przeznaczaniem – na przykład dotacje na szkolenia jest wydatkowane o trzykrotnie  efektywnie, niż gdyby decydowały o tym same zainteresowane  organizacje?  Wtedy efekt „netto” miałby wartość (1/6 ze 120 milionów) –  20 mln.  I wtedy wychodziłoby, że jesteśmy 10 mln „do tyłu”…
Ale – przyjmijmy, na chwilę, że to tylko taka zabawa liczbami.  Bo to temat na dłuższą dyskusję.

 

Wróćmy do  przedstawionego na początku przykładu. Jak pisze p. Gniadkowski, w czasopiśmie „Wspólnota” (5 maja br.) bardzo podobny problem mają gminy z finansowaniem szkół.  Okazuje się, że  zastosowany tam  „schodkowy” system dotacji powoduje, że gmina, która ma 4 999 mieszkańców ma o 40% większe dotacje na ten cel niż gmina, która ma 5001 mieszkańców.   Coś tu chyba nie tak..  A dla gmin tych troszkę tylko większych, to często poważny, bardzo poważny problem.

A można to inaczej, lepiej zaprojektować.

Jak by co, polecam się…

 

PS:  A żeby było śmieszniej – a może – żeby było jeszcze mniej śmiesznie,

to znam gminę, która rozważała zmianę granic by tylko zejść poniżej 500o mieszkańców,
by uratować swój budżet…

(Autor jest – z pierwszego fakultetu – magistrem matematyki.  Choć tutaj to matura zupełnie wystarcza..)

co z nauczaniem przedsiębiorczości

Dodany Kwiecień 23rd, 2012.
Kategoria: Negocjacje

Stan obecny

Przedmiot „Podstawy Przedsiębiorczości” wg obecnego programu dla szkół średnich wydaje się być totalnym nieporozumieniem.   Po pierwsze – przedmiot ma niewiele wspólnego z istotą przedsiębiorczości.

W obecnej konstrukcji przedmioty z obrzeża problematyki de facto zagarnęły 80-90% tematyki.

Co gorsza, podstawowe kwestie, kluczowe dla rozumienia przedsiębiorczości nie są tam poruszone.

Po  drugie – te nieliczne elementy przedsiębiorczości które są w programie obecne nie mogą inspirować, czy zachęcać do przedsiębiorczości:  wręcz przeciwnie.   Zamiast o fascynujących przykładach osiągnięć i wkładu przedsiębiorców (i ludzi przedsiębiorczych) na rzecz dobrobytu społeczeństwa mówi się tam o nudnych  i  uciążliwych biurokratycznych procedurach, lub wysoce abstrakcyjnych koncepcjach ekonomicznych.

Po trzecie – nawet gdyby zaakceptować koncepcję przedmiotu, to nie sposób oczekiwać, by przedmiot tak eklektyczny mógł być kompetentnie prowadzony przez jakiegokolwiek nauczyciela.   Nic więc dziwnego, że słyszymy opinie „każdy uczy czego potrafi”   „zajęcia prowadzone są pokracznie przez przypadkowe osoby”.

Przyczyny

Domyślać się można, że podstawową przyczyną powstania  takiego stanu rzeczy, jest fakt, że zaprojektowanie przedmiotu powierzono grupie ekspertów w dziedzin pokrewnych przedsiębiorczości.   Skutkiem tego właśnie dziedziny poboczne zajęły prawie całą przestrzeń przedmiotu, z bardzo niewielką ilością czasu która została poświęcona kwestiom stricte przedsiębiorczym.  (Jak się dowiedziałem

 

Stan ten nie jest przedmiotem uczciwej dyskusji  naukowej z powodu (być może tylko  domniemanej) presji Ministerstwa edukacji w tej kwestii.  Może to tylko urojony lęk przed „narażeniem się”, ale od młodego zdolnego doktora usłyszałem  „przestałem się zajmować przedsiębiorczością – bo jest to  niepoprawne polityczne”;  a od profesora jednej z najlepszych uczelni zarządzania, że „nie jest nam zręcznie występować przeciw polityce ministerstwa” .

 

Rekomendacje

Przedmiot przedsiębiorczości powinien skupiać się na rozwijaniu

a) postaw przedsiębiorczych i

b) rozumienia roli przedsiębiorców w społeczeństwie.

Należałoby więc usunąć elementy dotyczące wysoce abstrakcyjnych koncepcji ekonomicznych, które i tak nie mogą być kompetentnie nauczane, a skupić się w zamian na promowaniu inspirujących wzorców osobowych – tak historycznych (np. rodzina Wedlów, Hipolit Cegielski czy ksiądz Piotr Wawrzyniak) jak i lokalnych (tj. ludzi, którzy dokonali czegoś i mogą się osobiście spotkać z uczniami).

Potrzebne jest ponadto rozwijanie wyobraźni biznesowej, tak aby kształtować chęć brania swojego losu we własne ręce, a nie przytłaczanie uczniów informacjami o biurokratycznych procedurach.   Gdy uczeń naprawdę zechce coś stworzyć, to znajdzie już sam drogę przez rozmaite formalności.

Służyć mogą temu rozmaite projekty – również, choć nie tylko komercyjne – realizowane na rzecz  klasy, szkoły, otoczenia..

Jednym z najbardziej inspirujących wydarzeń historycznych pokazujących czym jest, i co może być warta kreatywna strategia była bitwa pod Lekutrami, stoczona w 371 roku p.n.e., pomiędzy dominującymi liczebnie siłami Spartan i ich (często przymusowych) aliantów, a siłami tebańskimi pod wodzą Epaminondasa.

Wojska spartańskie składały się z 9 000 hoplitów (w tym 2000 cieszących się legendarną sławą Spartiatów), 1100 lekkozbrojnych peltastów i 1000 jeźdźców, podczas gdy tebańczycy mieli jedynie 6000 – 6500 hoplitów, 1000 peltastów i 1500 (lepiej wyszkolonych) jeźdźców.

Hoplici, byli podstawową, kosztownie wyposażoną siłą uderzeniową wojsk starożytnej Grecji, walczącą w niezwykle skutecznym szyku okrytej brązem i najeżonej włóczniami falangi[1]. Istotnym elementem wyposażenia hoplity, wpływającym na zachowanie żołnierzy i przebieg bitwy były ogromne tarcze, którym hoplita krył również prawy bok swego towarzysza z lewej. Stąd falangi miały tendencje do przesuwania się na prawo; by temu przeciwdziałać to na prawym skrzydle stawiano najlepsze oddziały – w dlatego też od tej pory – jest uważane za honorowe. Peltaści i jeźdźcy (którym do sprawności ich następców brakowało strzemion) pełnili role wywiadowcze i pościgowe, harcując przed frontem wojsk i osłaniając skrzydła.

Zgodnie z tym kanonem Spartanie stanęli do bitwy strony stawały mając swych aliantów na lewym skrzydle, a najlepsze oddziały Spartiatów, pod wodza króla Kleombrotosa, na prawym. Decydująca masą, uzbrojeniem  i wyszkoleniem falanga ustawiona została w 12 rzędów.

Trzymanie się klasycznego schematu skazałoby słabszych liczebnie Tebańczyków na nieuchronną klęskę; Epaminondas postanowił złamać ten schemat. Na swym prawym skrzydle falangi uformował głęboką na 50 szeregów kolumnę uderzeniową zamykaną przez „Święty Hufiec” – elitarną tebańską jednostkę zawodowych żołnierzy, natomiast lewe skrzydło, mające jedynie 8 szeregów, miało rozkaz wstrzymywania się od walki i – nie rozrywając szyku – z opóźnieniem miało wchodzić do boju.

Bitwa zaczęła się w dzień świąteczny, gdy Spartanie – choć obie strony stanęły w szyku bojowym – spodziewali się, że do bitwy raczej nie dojdzie. Gdy zgodnie z tym oczekiwaniem Epimondas rozpoczął wycofywanie swych wojsk do umocnionego obozu, taki sam rozkaz otrzymały wojska spartańskie.   Wtedy to, niespodziewanie, kawaleria tebańska zawróciła i uderzyła na jeźdźców spartański, rozbiła ich i zgoniła na lewe skrzydło wzbudzając po drodze zamieszanie w szeregach Spartan i ich sojuszników.

W chwilę potem ruszyła kolumna uderzeniowa, rozbijając falangę Spartan. Walczący z mniejszym entuzjazmem spartańscy alianci nie zdołała odciąć ani okrążyć tebańskiej kolumny uderzeniowej a mimo zaciekłego oporu Spartiatów ich król został zabity.  W lekkim zamieszaniu wojska spartańskiego sojuszu wycofały się do umocnionego obozu.

Po stronie spartańskiej straty wyniosły około 1000 żołnierzy, w tym aż 700 Spartiatów , podczas gdy po stronie Tebańskiej zginęło zaledwie 300 wojowników.  Pod wieczór poproszono o rozejm i zgodę na zebranie zwłok.

Epaminondas wyraził zgodę, jednakże, by uniemożliwić ukrycie rozmiarów strat wśród Spartiatów zażądał by najpierw zebrano zwłoki sojuszników. Dnia następnego, mimo utrzymania się przewagi liczebnej, ale w skutek wyraźnej niechęci sojuszników do walki, wojska sojuszu spartańskiego rozpoczęły odwrót, a bitwa pod Leuktrami nie tylko zniszczyła mit niezwyciężalności Spartan, ale też dała początek kreatywnemu myśleniu o strategii – nie tylko militarnej.

W szczególności – Epaminondas, nie pozwalając na zdominowanie myślenia przez czysto militarną konfrontację, pokazał jak wykorzystać wewnętrzną niespójność relacji przeciwnej strony (brak entuzjazmu sojuszników spartańskich), jak wykorzystać swoje atuty, zneutralizować swoje słabe strony i jak skutecznie stworzyć istotna przewagę na krytycznym odcinku; należy też docenić umiejętność stworzenia przewagi psychologicznej i wykorzystania wewnętrznej logiki poszczególnych elementów całego systemu…



[1] .  O znaczeniu i roli hoplitów świadczy choćby legenda termopilska, w której liczba 300 Spartan odnosi się jedynie do Spartiatów-hoplitów, a ignoruje rzeszę peltastów..

 

A może jednak???

Dodany Kwiecień 5th, 2012.
Kategoria: Negocjacje

Mieszkam obecnie w Lublinie,
i często tu słyszę, że
„nic nie można zrobić,
bo mamy taki mały kapitał społeczny, że ludzie sobie nie ufają.”

Pewnie to i trochę prawda..

Ale.. spójrzmy na przepiękny Hotel Lublinianka w tym mieście..

Ten budynek, to przedwojenna Kasa Przemysłowców Lubelskich..

Już wtedy potrafili oni dogadać się ze sobą skutecznie dogadać..

A na  konkurującym o palmę pierwszeństwa
w „braku kapitału społecznego” Podkarpaciu też przed wojną,
w małej wsi Handzlówka ludzie potrafili się nader skutecznie dogadać.

Pod wodzą pisarza gminnego, Franciszka Magrysia założono kółko rolnicze
i  wdrożono wiele inicjatyw rozwojowych.

Również obecnie w Handzlówce dzieją się ciekawe rzeczy,
a prawnuczka Franciszka, p. Małgorzata Magryś
otrzymała tytuł „Sołtysa Roku 2007″…

 

Może więc warto uwierzyć w siebie i w lokalne społeczności?

Polskie samorządy – gminne, miejskie i regionalne  (a również samorządy przedsiębiorców)
potrzebują liderów, potrzebują ludzi z wizją…

 

 

 

 

 

 

Ściema na Nobla – czyli mit mikro-pożyczek..

Dodany Marzec 6th, 2012.
Kategoria: Negocjacje

Niedawny reportaż CNBC pokazał na przykładzie programu mikropożyczek jak skutecznie cudowna z pozoru metoda może zniszczyć zdolność krytycznego myślenia i sensownego działania; jeśli tylko jest ona w rozmaity sposób korzystna dla kluczowych graczy…

Profesor Yunus, twórca koncepcji mikropożyczek otrzymała w roku 2006 nagrodę Nobla i był witany szeroko na świecie jako herold nowej nadziei na pokonanie biedy w krajach trzeciego świata, a także wyzwolenie uciemiężonych materialnie i społecznie kobiet…

U podłoża koncepcji leżało cenne spostrzeżenie: wielu drobnych wyrobników w krajach trzeciego świata było de facto niewolnikami lokalnych lichwiarzy. Pakistańska kobieta, by wykarmić swą rodzinę zaciągała pożyczkę na sto, a na często nawet i dwieście procent, by móc wykarmić swą rodzinę i kupić wełnę na dywan.. Po wielu miesiącach żmudnej pracy i sprzedaży dywanu zostawało jej tyle, że mogła spłacić dług.. i tak rok po roku, setki tysięcy biednych przedsiębiorców-wyrobników trwało w perpetualnym niewolnictwie długu.

Dla tych wszystkich ludzi pożyczka na dużo bardziej ludzkich warunkach – za jedyny 30-40% wydawała się być wybawieniem.. Mocnym punktem systemu mikro-pożyczek był też fascynująco wysoki wskaźnik spłacalności długów; przypomnijmy że w wyjątkowo trudnej grupie docelowej „finansowo wykluczonych”. Osiągane było to dzięki zbiorowej odpowiedzialność wspólnot pożyczkowych, które – zwykle zbierane po siedem osób – były solidarnie odpowiedzialne za długi.

Problem jednak w tym, że za otrąbionym sukcesem i setkami milionów dolarów (w jednej tylko dotacji Norwegia przyznała Grameen Bank profesora Yunusa 130 mln) nie poszła rzetelna analiza, rzetelne, obiektywne badania. Dopiero znacznie później pokazano, że rezultaty działań były więcej niż wątpliwe. Jedno z badań wykazało, że na 2000 uczestników procesu (z czego połowa była klientami osławionego Grameen Bank 33% doznało uszczerbku finansowego, sytuacja 50% nie zmieniła się, a jedynie 17% odniosło korzyści. Inne, weryfikacyjne badania pokazały, że to co przyjmowano za sukces społeczny było często artefaktami, czyli sztucznymi wynikami badań, lub opisywały oczywistości społeczno-ekonomiczne nie zwiane z działaniami firm mikropożyczkowych.

Sztuczny, fałszywy wynik badań polegał na tym, że prosta statystyczna korelacja dochody-uczestnictwo w programie pożyczek była interpretowana jako skuteczność pomocy, gdy tymczasem wynikała ona z prostego faktu, że bogatsi łatwiej dostawali pożyczki, czyli, że korelacja była odwrotna..

Wydało się też, że wyniki organizacji charytatywnych zajmujących się likwidacją biedy, były systematycznie ubarwiane, a promocja dla możnych sponsorów była pełna oszustw. Tak na przykład w reportaży telewizyjnym o jednej z bohaterek mikropożyczek na dowód efektywności koncepcji i jej osobistego sukcesu pokazano dom.. jej bogatego sąsiada. Na spotkanie z Hilary Clinton ściągnięto autobusami do odwiedzanej wsi specjalnie przeszkoloną klakę kobiet związanych z filantropijną organizacją. Działania te były bardzo, bardzo skuteczne pod jednym względem – coraz więcej dotacji rządowych, korporacyjnych i tych od prostych ludzi dobrej woli napływało do kas organizacji charytatywnych. Z drugiej strony, pożyczki brane były często na na cele konsumpcyjne, lub na inwestycje różne od tych, które były u zarania projektu – jak kształcenie dzieci, czy kupno ziemi. Inwestycje takie, o istotnie niższej stopie zwrotu, niż stopa oprocentowania Grameen Bank (40%) nie mogły być efektywnie spłacane. W rezultacie długi nie mogły być spłacane, i „rozpętywało się piekło”.
Sąsiedzi, wspólnie gwarantujący kredyt z grupy wsparcia stawali się najbrutalniejszą grupą nacisku, a pracownicy mikro-banku, motywowani wskaźnikami i przetrwaniem ich firmy, z pracowników socjalnych, wspierających rozwój stawali się bezwzględnymi egzekutorami. Okazało się więc, że to, co miało być wybawienie, stało się plagą..
Jedynie 2010 roku, w samym stanie Andhra Pradesh popełniono 80 samobójstw z powodu niemożności spłacenia długu; dłużnicy często byli – i są – do samobójstwa zachęcani. Bo wtedy ich dług spłaci ubezpieczyciel…

Oczywiście – znaczna część pożyczkobiorców sama sobie była winna – nie przeliczyli dokładnie, wzięli na siebie zbyt wielkie ryzyko.. Tylko.. Czy w takim razie warte to było ogromnej pomocy, świadczonej przez naiwnych sponsorów? Kluczowe jest, że to, co miało być narzędziem wybawienia, biednych stało się – przynajmniej dla aparatu firm mikro-pożyczkowych fantastycznym biznesem.. Hojnie dotowanym..

Lekcje, którą musimy wyciągnąć są wielorakie. Po pierwsze – musimy być bardzo, bardzo ostrożni jeśli chodzi o ocenę efektywności wydawania publicznych pieniędzy, że działania, podejmowane w imię szczytnych celów stawać się mogą wygodnym narzędziem wyłudzania pieniędzy, że biurokracje benewoelntnych organizacji zaczynają służyć same sobie, że mają one szerokie możliwości fałszowania rzeczywistości tak, aby wyniki ich działanie wyglądały możliwie najlepiej…

Wreszcie, że zawsze potrzebny jest rzetelny, niezależny system korygującego sprzężenia zwrotnego -tak dla rzetelnej oceny wyników, by wiedzieć czy dobrze wydajemy pieniądze, jak i po to, by dobre działania danej organizacji oddzielać od mniej udanych, czy wręcz nie trafionych.

Tragiczne, że w Polskich warunkach brak jest rzetelnej analizy działań programów wspierania przedsiębiorczości, brak jest rzetelnej, społecznej kontroli nad wieloma miejscami, gdzie nasze wspólne pieniądze są wydawane..

Pół Polski żyje porwaniem sześciomiesięcznej Madzi z Sosnowca..

A wczoraj z pewnym zażenowaniem obserwowałem w telewizji wystąpienie rzecznika prasowego policji, który na zachętę dziennikarza, że jest jakaś możliwość zapewnienia porywaczowi ułaskawienia odpowiedział – prawdziwie niewątpliwie – „to ostatecznie wszystko zależy od sądu”.
To niewątpliwie prawda.. Tylko – co z tego wynika? Jaki jest pożytek z takiej wypowiedzi?

Porównajmy to z doniesieniami „Wyborczej”:

W porozumieniu ze zrozpaczonymi rodzicami porwanej z wózka Madzi Krzysztof Rutkowski postanowił przebić niedawny apel do sprawców, by zostawili dziecko w jednym z okien życia i w ten sposób uwolnili się od kłopotów. Nowa oferta, jaką w sobotę przygotowali prawnicy detektywa, idzie dalej: – Obiecujemy porywaczowi całkowitą bezkarność, jeśli dobrowolnie odda rodzicom dziewczynkę całą i zdrową – zapowiada Rutkowski.

„Kontrakt” polega na tym, by przy porwaniu Madzi wykorzystać jeden z przepisów kodeksu karnego o uprowadzeniu dla okupu: prawo przewiduje, że jeśli sprawca odstąpi od wymuszenia i z własnej woli uwolni zakładnika, nie podlega odpowiedzialności karnej. Wprawdzie za Madzię nikt na razie nie żąda okupu a kidnaping można też ścigać na podstawie innych przepisów karnych, to jednak Rutkowski daje do zrozumienia, że w praktyce los porywacza przed wymiarem sprawiedliwości zależeć będzie od tego, jakie zeznania zdecydują się podtrzymywać pokrzywdzeni rodzice. – Może to szokująca propozycja i na pewno niełatwa, ale uznaliśmy, że warto ją złożyć, żeby za wszelką cenę uratować dziecko. Nic więcej się nie liczy! – podkreśla Rutkowski.

Jest jeszcze coś – to, jak traktowani są współ-pokrzywdzeni, czyli rodzice.

Zacytujmy znowu:
„(Matka Madzi) Dziękowała też policji za pomoc, ale nie ukrywała żalu, że o działaniach policji wiedzieli więcej dziennikarze niż rodzina. Nikt nie zadzwonił, nie poinformował co się dzieje. Dopiero biuro pana Rutkowskiego wprowadziło ład, porządek i wsparcie duchowe – dodała.”

Reputacja warta 6 złotych…

Dodany Styczeń 29th, 2012.
Kategoria: Kreatywny biznes Negocjacje

Nie tak dawno zmieniłem bank. Poprzedni wkurzył mnie ciężko, każąc sobie płacić po 5 złotych za każdy (internetowy!) przelew (jak chyba każdy nowoczesny człowiek płacę rachunki przez Internet). Gorzej, że długo nie mogłem się doszukać przyczyn wysokich, comiesięcznych opłat – podejrzewając jakiś błąd. Nawet wysyłałem zapytania – odsyłano mnie do Regulaminu i kilkudziesięciostronicowej Tabeli Opłat. Wreszcie dotarłem do informacji o skandalicznie wysokich opłatach – i zmieniłem bank. Mój Nowy Bank zachęcił mnie zerem na opłatę za rachunek, zerem za wypłaty w bankomatach i zerem na przelewy. Więcej – deklarował się jako „ten uczciwy”, jako nowy standard w bankowości..

Aż tu.. Nagle zjawia się na moim koncie opłata – 6 zł.. Za co??? Małe śledztwo – i już wiem. To sprawdzenie konta w bankomacie tyle mnie kosztowało… Może nie tak wiele, ale.. poczułem się oszukany – bo wypłaty w bankomatach miały być bezpłatne, a sprawdzenie to prawie to samo… Ok., ewentualnie mogliby coś kazać zapłacić, ale jakąś godziwą cenę.. na poziomie koszty + uczciwa marża.. A koszt sprawdzenie to dla banku2-3 grosze..

Cóż.. przeboleję.. Ale bank stracił u mnie kredyt zaufania. Przekaz „czynem” był prosty: „tak od czasu do czasu mamy promocję, czasem dołożymy do interesu by zdobyć klienta, ale, jeśli tylko odwrócisz oczy oskubiemy cię do gołej skóry”. A już się cieszyłem (naiwnie), że znalazłem uczciwy bank.. Już myślałem – z nimi można robić interesy.. Wiem – będę brał kredyt na samochód, pewnie na dom… I chętnie – przy godziwej cenie dał komuś zarobić. Komuś, do kogo miałbym zaufanie. Wiem, że jeszcze przedwczoraj wziąłbym w moim Nowym Banku kredyt – nawet minimalnie droższy.. Ale miałbym błogie poczucie „oni mnie nie orżną”. A tak.. złudzenia – za okno!

Sprzedali Państwo swoją reputację za 6 złotych..

Nie likwidujcie naszej szkoły!

Dodany Styczeń 25th, 2012.
Kategoria: Kreatywny biznes Negocjacje

Przez Polskę przewala się fala protestów związanych z likwidacją szkół…

Obie strony – jak zawsze – mają swoje racje…

Władze samorządowe – bo przy malejącej liczbie uczniów, i wielości wydatków,
gdy nie starcza na wszystko co by się chciało utrzymywanie małych szkół wygląda nieracjonalnie.

Małe szkoły to jednak i wygoda i lepszy proces dydaktyczny.. (a poza tym jest tyle wydatków, które mogliby obciąć..)

Czy coś można z tym zrobić? Czy to naprawdę pat?

Otóż nie – można zrobić coś poza klasycznym „przeciąganiem liny” i „kto – kogo”..

Jeśli to właśnie koszty są krytycznym czynnikiem, to może..
Może wzięcie szkoły pod zarząd społeczny, przy zadeklarowaniu istotnej redukcji kosztów można szkołę jednak utrzymać?

Bo przecież: – uczniowie (pod dozorem nauczycieli czy rodziców) samo mogą szkołę sprzątać, lokalna firma – czy supermarket jednej z wielkich sieci handlowych może szkołę wesprzeć, rodzice mogą dokonać renowacji..

Zawsze jest więcej możliwości niż strajk, niż walenie pięścią w stół…

Zwłaszcza, jeśli ten stół – jak samorządowe finanse – ma już dość wątłe nogi..

A kreatywny mediator może pomóc stronom dojść do porozumienia..

przez Polskę przewala się fala protestów związanych z likwidacją szkół…

Obie strony – jak zawsze – mają swoje racje…

Władze samorządowe – bo przy malejącej liczbie uczniów, i wielości wydatków,
gdy nie starcza na wszystko co by się chciało utrzymywanie małych szkół wygląda nieracjonalnie.

Małe szkoły to jednak i wygoda i lepszy proces dydaktyczny.. (a poza tym jest tyle wydatków, które mogliby obciąć..)

Czy coś można z tym zrobić? Czy to naprawdę pat?

Otóż nie – można zrobić coś poza klasycznym „przeciąganiem liny” i „kto – kogo”..

Jeśli to właśnie koszty są krytycznym czynnikiem, to może..
Może wzięcie szkoły pod zarząd społeczny, przy zadeklarowaniu istotnej redukcji kosztów można szkołę jednak utrzymać?

Bo przecież: – uczniowie (pod dozorem nauczycieli czy rodziców) samo mogą szkołę sprzątać, lokalna firma – czy supermarket jednej z wielkich sieci handlowych może szkołę wesprzeć, rodzice mogą dokonać renowacji..

Zawsze jest więcej możliwości niż strajk, niż walenie pięścią w stół…

Zwłaszcza, jeśli ten stół – jak samorządowe finanse – ma już dość wątłe nogi..

A kreatywny mediator może pomóc stronom dojść do porozumienia..