Młody = przedsiębiorczy???

Dodany Maj 20th, 2015.
Kategoria: Przedsiębiorczość

W Polsce od wielu lat funkcjonuje w świadomości społecznej zbitka „młody-przedsiębiorczy”. Fakt – młodzi ludzie (zwłaszcza mężczyźni) znacznie chętniej podejmują ryzyko, co jest pozytywnie skorelowane z przedsiębiorczością.  Ale czy na pewno to dobrze?  Chętka na ryzyko, na adrenalinę, to też przebieganie przez jezdnię pomiędzy pędzącymi samochodami..

Zbitka, to zbitka; gorzej, że za tą zbitką idzie intensywna propaganda i programy uprzywilejowujące  firmy zakładane przez młodych ludzi – i inne osoby uznane przez urzędników za o godnych tego.

Jednym z efektów jest systematyczne preferowanie „słabszych” osób, kosztem tych które dawałby większe szanse na trwałe tworzenie miejsc pracy. Piotr Nizioł, dyrektor Akademickiego Inkubatora Przedsiębiorczości w Lublinie pokusił się w jednym z ostatnich lat o analizę kilku programów „wspierania przedsiębiorczości”.  Wyniki tej analizy wykazywały, że szansa na uzyskanie wsparcia na z takiego programu już zatrudnionego mężczyzny koło czterdziestki, z miasta miały się jak 1:300, podczas gdy szanse samotnej matki ze wsi wynosiły ok. 1:3.

Drugim, chyba groźniejszym, jest budowanie przekonania, że przedsiębiorczość to domena ludzi młodych.  Temu właśnie przede wszystkim przypisać można fakt, że w  Polsce osoby w wieku 50 lat i więcej były coraz mniej aktywne w tworzeniu przedsiębiorstw:

–      w 2004 r. założyły one 18,1% firm,

–      a w 2007 r. już tylko 12,3%[1]

Czy rzeczywiście istnieje taki związek pomiędzy społecznym przekazem, z ludzkim działaniem? Jak najbardziej: w psychologii nosi on nazwę „efektu Pigmaliona” i jest jednym z obszerniej udokumentowanych fenomenów.   Potwierdzano go na najrozmaitszych grupach – od uczniów szkół podstawowych po sprzedawców.   Jednymi z najdowcipniejszych były badania nad sprawnością rozwiązywania zadań matematycznych przez Azjatki.  Jednej grupie mówiono (w luźnym tłumaczeniu) „wiemy dobrze, że Azjaci maja głowę do matematyki; oczekujemy, że świetnie sobie poradzicie”. Drugiej – „nie czarujmy się, wiemy dobrze, że płeć piękna do matematyki głów nie ma, więc nie oczekujemy zbyt wiele”.  I co? Oczywiście, wyniki obu grup były w sposób istotny statystycznie skorelowane z deklarowanymi oczekiwaniami…

A jak wyglądają fakty?

Dane pochodzące z krajów o (w miarę) efektywnej gospodarce rynkowej, jak też konkretne przykłady polskie wskazują na ogromy, a niewykorzystany potencjał przedsiębiorczy osób dojrzałych.  Badania Fundacji Kaufmana pokazały, że w Stanach Zjednoczonych:

–      osoby w wieku 55-64 lat częściej, niż inne grupy zakładały własne firmy;

–      w każdym kolejnym roku z 10 lat przeprowadzonej analizy porównawczej osoby w wieku 55-64 miały wyższy wskaźnik aktywności przedsiębiorczej niż te w wieku 20-34  

–      że 2/3 założyciel firm było w wieku 35-54

–      średnia wieku założycieli firm technologicznych wynosi 39 lat

–      wśród założycieli firm technologicznych jest dwukrotnie więcej osób powyżej 50 roku życia, niż poniżej 25.

Niezwykle ważne w kontekście tych rozważań są wyniki badań trzyosobowego zespołu w skład którego wchodzili Gulfam K. Khalid, Syed Umar Farooq i  Syed Hassan Raza. Badania, przeprowadzone w Pakistanie na próbie 131 małych i średnich przedsiębiorstw pokazały, że wiek przedsiębiorcy jest silnie skorelowany z pozytywnymi wynikami funkcjonowania firmy, jak również z wielkością kreowanego zatrudnienia. Jak uzasadniają autorzy „we wczesnych latach [prowadzenia własnej firmy] przedsiębiorcy mieli okazję posmakować doświadczeń z różnych firm i mieć lepsze rozumienie otoczenia biznesu.” Poniższa tabela przedstawia analizowane czynniki i ich oczekiwany wpływ na funkcjonowanie firmy.

 

Czynniki Oczekiwany związek Wyjaśnienie
Wiek przedsiębiorcy. Mocny pozytywny Dojrzałość umysłu gra znaczącą rolę w podejmowaniu decyzji w biznesie. Osoba dojrzała podejmuje racjonalne decyzje, które prowadzą do sukcesu firmy.
Liczba lat edukacji. Mocny pozytywny Osoba wykształcona może lepiej dostrzegać i kojarzyć czynniki wynikające z kontekstu sytuacji przy podejmowaniu decyzji biznesowych.  Stąd większa szansa na sukces w biznesie.
Lata doświadczenia w danej dziedzinie gospodarki. Mocny pozytywny Znajomość norm i praktyki danej gałęzi jest błogosławieństwem.  Dzięki tej wiedzy przedsiębiorca może lepiej przyciągnąć klientów dla wzrostu firmy.
Lata doświadczenia jako przedsiębiorcy. Pozytywny Im większa liczba lat doświadczenia jako przedsiębiorczy, tym solidniejsza baza doświadczania; stąd i większe szanse na sukces w biznesie
Liczba wcześniej otwartych firm. Negatywna Ten czynnik wskazuje, że przedsiębiorca tworzy nowe firmy, by działały niezależnie, zamiast koncentrować się na rozwoju już posiadanych.
Rozeznanie w środowisku biznesu. Pozytywne Jeśli przedsiębiorca dokonuje systematycznego przeglądu czynników otoczenia to istnieją większe szanse na rozwój firmy.

 

W skrócie, wyniki te zdają się świadczyć, że dojrzali przedsiębiorcy:

  • Tworzą zdrowsze firmy
  • Tworzą więcej miejsc pracy

 

Jak więc widać, istnieje ogromny potencjał przedsiębiorczości w osobach dojrzałych, potencjał, którego nie tylko nie wykorzystujemy, ale i coraz skuteczniej niszczymy.

Na szczęcie, są w Polsce liczne przykłady osób działających skutecznie jako przedsiębiorcy mimo dostojnego od wieku.  Takimi ludźmi są na przykład:

  • 95-letni Feliks Grejciun, kaletnik z Częstochowy;
  • Józef Stojanowski (91 lat), prowadzący firmę spedycyjną w Jaśle
  • Zofia Morawska (zmarła w listopadzie 2010), jeszcze w późnym wieku aktywna jako przedsiębiorca społeczny

Frapującym i inspirującym sukcesem jest przypadek p. Zbigniewa Grycana, który sprzedał w roku 2001 znaną firmę „Zielona Budka”, a w roku 2004, w wieku lat 65-ciu założył nową, odnoszącą ogromne sukcesy rodzinną firmę „Grycan – Lody od Pokoleń”.

Wreszcie, wielką inspiracją może być urodzony w roku 1927, a niedawno zmarły inżynier Jacek Karpiński, twórca legendarnego komputera K202, który wyprzedził o 10 lat wyraźnie lepszymi parametrami IBM PC.  Pan Karpiński do końca swoich dni pracował nad kolejnymi wynalazkami, których ostatnim był „inteligentny skaner” dla księgowych, który sczytywał i korygował ewentualne błędy w wyliczeniach[2].

To wszystko – oczywiście – nie znaczy, że należy odmawiać młodym szans. Ostatecznie Aleksander Macedoński u szczytu swych sukcesów był wciąż młodzieniaszkiem..
Wystarczy, by o tym decydował rynek, a nie wydumane preferencje urzędników..

A tymczasem … Dla wschodnich województw został ogłoszony ogromnie kosztowny program „platform startowych dla firm typu start-up [który] może być lekarstwem na wysokie bezrobocie regionów wschodnich i zahamowanie odpływu z tych terenów wykształconych absolwentów szkół technicznych. Idea jest bardzo prosta — osoby do 35. roku życia, studenci ostatnich lat i absolwenci ze swoim pomysłem zgłaszają się do wybranych ośrodków innowacji, które będą pełniły rolę tzw. animatorów „Platform startowych” (za: Puls Biznesu).

Pisząc o pewnych prawidłowościach, o większym potencjale osób dojrzałych nie chcę twierdzić, że należy dyskryminować młodzież. Wystarczy, by decydowały kryteria merytoryczne. Wtedy będziemy mieli miejsca pracy i dla młodzieży, i dla osób dojrzałych. Bo chyba o to chodzi.

 

PS: najgorszą rzeczą z przytaczanego na końcu programu „Platform startowych” jest towarzyszący mu program bezzwrotnych dotacji, które są z natury rzeczy korupcjogenne, i mają szereg innych, szkodliwych efektów. Pisałem o tym już dawno temu w  Gazecie Wyborczej (http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,14650890,Bo_grant_sie_nalezy___nasza_zla_zasada.html

Niestety, mimo wielu deklaracji o „przechodzeniu na instrumenty zwrotne” 90% środków  przeznaczonych na rozwój przedsiębiorczości i innowacji ma być „na szczęście”  rozdawanych w formie dotacji (tak przynajmniej twierdzi Gazeta Prawna).


[1]GUS  Warunki i powstania i działania oraz perspektywy rozwojowe Polskich przedsiębiorstw Powstałych w  latach 2003 – 2007; www.stat.gov.pl

[2] Konikowski Jacek Polski Bill Gates żyje w biedzie za: http://iskry.pl/index2.php?option=com_content&do_pdf=1&id=1579

 

W magazynie portalu WWW.NaTemat.pl  pojawił się artykuł p. Violetty Rymszewicz „Pochwała pesymizmu”, a następnie p. Marty Pawłowskiej z zadziwiającą tezą  „Smutny? Pesymista? To cechy ludzi kreatywnych, najlepszych pracowników”.

Niestety, mamy tu do czynienia zarówno z selektywnym dobieraniem faktów (lub nieznajomością szerszych badań i/lub ich kontekstu), nieuprawnionym rozciąganiem pojęć,  a wreszcie z niezrozumieniem istoty procesu innowacyjnego w organizacji.

 

Teza „pesymizm to cecha ludzi kreatywnych, najlepszych pracowników” została zbudowana na dwóch, prawdziwych skądinąd, spostrzeżeniach:

  1. Przesadne zabiegi rozwijające optymizm nie przynoszą efektu (ludzie którzy robili najwięcej afirmacji mieli gorsze rezultaty działania).

Wbrew pozorom w tych rezultatach nie ma nic dziwnego – jeśli samo pozytywne myślenie miało by zastąpić rzetelną analizę rzeczywistości i na dodatek energiczne działania to nic dziwnego.   Bo przecież to nie o wyczynianie cudów mantrami chodziło – jak mogło by się wydawać niektórym neofitom i propagatorom „pozytywnego myślenia”.

  1. Osoby nastawione pesymistycznie mają trafniejszy ogląd rzeczywistości.. Też prawda, ale nie cała..

Najzabawniejsze jest, że badania, które wzbudziły najwięcej zainteresowania pokazały, że najtrafniejsze oceny należą do… osób cierpiących na kliniczną depresję..   Ale tego autorki już się chyba nie odważyły napisać.

Pierwsze poważne zastrzeżenie, to sposób w jaki do tej tezy psychologowie dochodzili.  Jak piszą autorzy przeglądu badań   na ten temat „Znaleziono dowody potwierdzające tezę na istnienie depresyjnego realizmu, ale siła tych twierdzeń znika, gdy zwiększa się środowiskowa weryfikowalność tych badań”  („Positive evidence for the existence of depressive realism was found although the strength of that finding diminished as the ecological validity of studies increased.” (Keith Dobson i Renée-Louise Franche, Canadian Journal of Behavioural Science/Revue canadienne des sciences du comportement, Vol 21(4), Oct 1989, 419-433).

Jednym z popularniejszych badań było rzucanie lotkami do tarczy i pytanie o przewidywane wyniki kolejnych serii.   Co ciekawe, w tych badaniach kontrastem byli wysoce efektywni menadżerowie – i u tych stwierdzano systematyczne, nierealistyczne zawyżanie oczekiwań wobec swoich wyników.  A więc – nierealistyczny optymizm.

Można się zastanawiać – czy to dlatego, że owi ludzie sukcesu przenosili doświadczenia swojego poletka zawodowego na sytuację eksperymentu, czy też „wbudowany” optymizm dawał znać o sobie w obu przypadkach.

Tak, czy siak, wyniki badań nie dają podstaw do tak radosnej dla pesymistów tezy, jak stawiały autorki..

Dalej.. W zupełnie nieuprawniony sposób to właśnie nucie optymizmu w kulturze amerykańskiej zostały przypisany najgorsze plagi nękające to społeczeństwo – niewydolny system opieki zdrowotnej i przestępczość (dobrze, że tajfuny się uchowały).  Fakt, optymistyczne (na zewnątrz) społeczeństwo amerykańskie cierpi na te choróbska.  Ale czy to nie ma więcej wspólnego z wybujałym indywidualizmem i bezkrytyczną apoteozą wolnego rynku niż z optymizmem?

 

I wreszcie..

Prawdą jest, że smutek pomaga artystom, poetom tworzyć.  Ale czy rzeczywiście „ smutek jest pożądany w każdej branży. /../ Chodzi o smutek wynikający z niezadowolenia.”

A może potrzebny jest tu gniew, irytacja, niezgoda na rzeczywistość, na panujący „urzędowy optymizm”?

Może po prostu potrzebny jest zdrowy sceptycyzm, zamiast PR-owej „ściemy”?

Dla efektywnego wprowadzania innowacji, dla realnej kreatywności, trzeba być – jak Archimedes i Leonardo.  Choćby mniejszego formatu. (O szerokich zainteresowaniach Leonarda wiedzą wszyscy, a mało kto chyba wie, że Archimedes najpierw znany był jako poeta, potem jako inżynier, a ongiś tylko nielicznym jako matematyk.)

Efektywna innowacja wymaga wielokrotnego, cyklicznego przechodzenia od faz chłodnej, racjonalnej, krytycznej – a więc trącącej pesymizmem – analizy do dynamicznej, kreatywnej radośnie optymistycznej fazy poszukiwania pomysłów..  Tę dialektykę znajdziemy w idei brainstorming’u  Osborna jak w „six thinking hats” de Bono..

W drugim z artykułów zjawia się trafne spostrzeżenia „kreatywność to cecha wyjątkowo pożądana na rynku pracy, a wiele firm cierpi na jej niedobory.” I „jedną z największych zmór współczesnej korporacji jest „wizja bez implementacji””.

Właśnie.  Ale.. o ile zasmucony artysta – na pograniczu depresji – może napisać wiersz, może i namalować obraz (trudniej zaprojektować silnik) to faza implementacji, której tak brakuje jest fazą działalności przedsiębiorczej.

Skuteczny innowator w organizacji potrzebuje pozyskać zasoby (dostęp do laboratorium, maszyn, próbek), przekonać do pomysłu kolegów i szefów..  A tego „na smutno” nie da się zrobić.

Innowacje wymagają podejmowania ryzyka – tak przez inicjatora, jak i przez jego otoczenie.  A do tego niezbędna jest dawka optymizmu – nie koniecznie racjonalnego.

Pojawia się też w artykule p. Pawłowskiej teza „Nawet jeśli w firmie pojawia się pomysł, to brakuje już kolejnego na jego realizację i wdrożenie.”

Ha.. to chyba nie o to chodzi. Nie o brak pomysłów.  Ale o brak gotowości „oddania władzy” innowatorom nad „kawałkiem rzeczywistości”, brak długofalowego myślenia, woli poświęcenia doraźnego zysku i kwartalnych nagród na rzecz niepewnych ze swej natury inwestycji w „niesprawdzone pomysły jakiegoś tam inżynierka”.

 

W rzeczywistości (chętnie przedstawię swoje badania) organizacje mimo deklaracji „kreatywność to cecha wyjątkowo pożądana na rynku pracy” systematycznie tłamszą ich inicjatywę.  Czasem jest to zawłaszczanie pomysłów – a zwykle – najbanalniejsze ich ignorowanie.

 

To nie „dobór odpowiednich pracowników” – pesymistów zamiast optymistów jest kluczem.  (Mario Raich, współtwórca londyńskiej firmy innowacyjnych rozwiązań twierdzi, że nawet z najgorszych pracowników można wykrzesać innowacyjność).  Organizacje, które chcą być innowacyjne potrzebują podejść holistycznie do zagadnienia.  Nie wystarczą deklaracje, „misje”, „wizje” i „katalogi wartości”.   „Kultura organizacyjna” musi przejawiać nie w słowach, ale w gotowości popierania non-konformistów, eliminowania wewnętrznej biurokracji, akceptacji ryzyka, nieuniknionych błędów i wpadek.

Innowacyjna organizacja to nie frazesy, ale  wzorce osobowe (począwszy od szefa, który jest otwarty na polemikę), system realizowanych, a nie tylko deklarowanych wartości, otwarty system przepływu informacji i energiczna praktyka re-alokacji zasobów na nowe, obiecujące, choć i ryzykowne kierunki.

 

(Self-disclosure: autor jest magistrem matematyki, ukończył podyplomowe Studium Pedagogiki Twórczości, od wielu lat prowadzi treningi twórczego myślenia i rozwiązywania problemów.   Od wielu lat pracuje nad barierami innowacyjności w organizacjach i sposobami jej przełamywania. Jest sceptycznym optymistą i czasami pisuje wiersze.)

>>>>>>>>>>>

„Kropka nad i” do dyskusji o pesymizmie
Każdy kult i przesada to idiotyzm..
Ale nie można z np. kultu gimnastyki, w którym (wyobraźmy sobie) ktoś
twierdziłby, że samą gimnastyką uzdrowisz siebie i świat, czynić argumenty przeciw gimnastyce.

A optymizm ma solidne podstawy w badaniach:
w fundamentalnej pracy „Learned Optimism” z 1990, Martin E.P. Seligman pokazał, że:
> Optimists are higher achievers and have better overall health. Pessimism, on the other hand, is much more common; pessimists are more likely to give up in the face of adversity or to suffer from depression. Seligman invites pessimists to learn to be optimists by thinking about their reactions to adversity in a new way.

oraz..
w badaniach Petera Schulmana z Wharton Business School, opublikowane w The Journal of Selling and Sales Management, analizowano efekty optymizmu. W grupie agentów ubezpieczeniowych stwierdzono, że optymiści sprzedawali o 35% więcej, a pesymiści dwukrotnie częściej odchodzili z pracy po pierwszym roku.

Adam Góral, nie przypadkiem zwany „cesarzem polskiego IT” w liście do premiera Tuska podniósł kwestię, która długo była pokryta woalem milczenia – kwestię ustawiania przetargów i konkursów.

Wiele przetargów ustawianych jest „pod swoich” – a potencjalni konkurenci w ten czy inny sposób są eliminowani.  W Rzeszowie, przy budowie nie tak taniej podnoszonej sceny określono precyzyjnie średnice śrub – eliminując wszystkich potencjalnych konkurentów.  Z  przetargu Stoczni Szczecińskiej, wyeliminowano jedynego realnego, rodzimego, „stoczniowego” kandydata, który miał szansę powtórzyć wcześniejszy legendarny sukces Krzysztofa Piotrowskiego, gdy to w pozornie beznadziejnej sytuacji znalazł wyjście, ratując ją ku podziwowi profesjonalistów z całego świata.. (Niestety, to właśnie polityczne gierki utopiły ten wspaniały sukces polskich menadżerów i stoczniowców.)

Podobnie niedawno, gdy Krzysztof Piotrowski znalazł brytyjskiego inwestora dla swej stoczni, jej państwowy właściciel „nie wykazuje zainteresowania”…  (Patrz – http://szczecin.gazeta.pl/szczecin/1,34959,9632014,Piotrowski__Jest_kupiec_na_stocznie__Z_Wielkiej_Brytanii_.html)

A na list Adama Góral  jeden z ekspertów od „robienia ludziom wody z mózgu” p. Jerzy Ciszewski, mówi ”Polacy nie lubią skarżypytów.” (Puls Biznesu)   I ma rację!  Tak samo, jak w całej Polsce wstyd się dziewczynie przyznać, że została zgwałcona.  Dobrze, że nie jest tak, jak w niektórych krajach arabskich, że za bycie zgwałconą może dziewczyna pójść do więzienia.. Bo współżyła z obcymi..

Tak więc uczciwi przedsiębiorcy powinni – jak rozumiem przekaz pana Ciszewskiego – dać się j**ać, i stulić gębę.. Bo przyniosą wstyd sobie i rodzinie? Miastu?   A może czas zmienić sposób myślenia, i zacząć wymuszać zasady i obyczaje jakie funkcjonują np. w krajach skandynawskich, odchodząc od kumplowsko-klamkocałuśniej mentalności?

Mało jest osób równie dobrze predestynowanych do od roli lidera przemian, jak Adam Góral.   To co wielu dziennikarzy zdaje się uważać za „plamę na honorze” – zaczynanie od ketchupu – jest w brew pozorom dowodem i rękojmią uczciwości.  Adam Góral bowiem, w przeciwieństwie do bardzo wielu obecnych „liderów wolnego rynku” nie zaczynał dzięki tłustym kontraktom załatwianym przez dobrze ustawionych kumpli.

Mało jest osób równie wiarygodnych.  Pytanie, czy za listem prezesa Górala pójdą inni liderzy gospodarki? Czy organizacje biznesu żądać będą uczciwych reguł gry, czy też będą one służyć wypracowywaniu sobie „dojść” do dobrych kontraktów.

Czasy się zmieniają.  Dziadek jednego z najwybitniejszych amerykańskich prezydentów, Johna F. Kennedy był przemytnikiem whisky.   Czy zdołamy pokonać w jednym pokoleniu przepaść w mentalności od „gdzie można skombinować” do „nie pytaj co kraj może zrobić dla ciebie, pytaj co ty możesz zrobić dla kraju”?

Póki co plaga sobkostwa, prezentowana wyjątkowo zgodnie przez wszystkie partie – jeśli tylko w jakimś regionie są u władzy – daje klarowną, choć przykrą odpowiedź.

Ale list Adama Górala daje nadzieję. Tak trzymać, Panie Prezesie.  Tylko dzięki takim ludziom jak Pan coś się może w Polsce zmienić…

Dotacje szkodzą

Dodany Lipiec 22nd, 2012.
Kategoria: Przedsiębiorczość

Gdy czytam, że „na dotacje dla małych firm nie zabraknie” ogarnia mnie smutek i przerażenie.. (Polityka – http://www.polityka.pl/kraj/wywiady/1528953,1,debata-jak-powinnismy-wydac-unijne-fundusze.read )

Smutek, bo widzę, jak deklaracje o przechodzeniu na „instrumenty zwrotne” (pożyczki itp.), rozwiewają się na wietrze…    Przerażenie, bo kontynuujemy tę sama politykę, mimo że ubywa nam przedsiębiorców i innowacyjnych firm, podczas gdy rosną biurokracja i bezrobocie… Przerażenie, bo marnujemy (w znacznej części) szansę, która mogłaby Polsce przynieść dynamiczny rozwój przedsiębiorczości. Bezzwrotne dotacje dla firm przynoszą znacznie więcej szkód niż pożytku.  Oczywiście fajnie jest taką dostać – im większą, tym lepiej, ale bilans pożytku społecznego jest więcej niż negatywny…

W wielu przypadkach dotacje idą na meble dla dobrze ustawionych synalków; znam przypadek, gdy chłopak chciał starać się o grant 40,000 zł w programie studenckim, ale od dobrego znajomego usłyszał „Jacek, te pieniądze są już dawno rozdane”…  Znam historię architekta, który z dotacji na rozwój turystyki pobudował piękną willę, która tylko przez dwa lata (wymogi programu) służyła za hotel, a po wyburzeniu ścianek działowych była przedmiotem zazdrości całej okolicy..  W wielu miejscach mówi się wprost o „działkach” jakie „się należą” za przepchnięcie aplikacji o dotacje..

 

Ale systematycznie:

  1. Rozdawnictwo pieniędzy jest korupcjogenne.   Zawsze znajdzie się sposób, by rozdawane pieniądze trafiły one do krewnych, znajomych, czy do tych którzy się jakoś odwdzięczą…
  2. Taka sytuacja niszczy jakże słaby, i jakże potrzebny kapitał społeczny – ludzie widzą, kto dostaje, a nawet, gdy dotację na dobry projekt dostaje osoba ustosunkowana, tworzy się przeświadczenie, że stało się to dzięki koneksjom..
  3. Pieniądze łatwo dostane mało się szanuje – jak mam 40,000 zł  (czy 100,000 zł) do wydania to kupię najlepszy sprzęt, choć na starym kompie zrobiłbym to samo..
  4. Bezzwrotne granty muszą być obudowywane skomplikowanym i kosztownym systemem biurokratycznych zabezpieczeń, które, choć i tak nie działają dają złudzenie praworządności.  Powoduje to znaczny rozrost biurokracji, tak rządowej, jak i po stronie tych, którzy o granty się starają..
  5. Skomplikowany system pozyskiwania grantów powoduje poważne opóźnienia w uruchamianiu przedsięwzięć, które często mogłyby – gdyby ich grantami nie mamiono – ruszyć szybciej i taniej..
  6. System bezzwrotnych dotacji kształtuje absurdalne, nierealistyczne oczekiwanie, że na uruchomienie firmy „dobry urząd da”, co z kolei prowadzi do
  7. wzmacniania postaw klientyzmu, a nie przedsiębiorczości.
  8. Ogromna, kosztowna propaganda promuje fałszywe wzorce, przeświadczenie, że „przedsiębiorcą zostaje się napisawszy odpowiednio sformułowany wniosek do Urzędu”;
  9. Gdy na każdy przyjęty wniosek przypada kilkadziesiąt, czy kilkaset odrzuconych bądź zaniechanych, to na efekt psychologiczny i społeczny grantów jest katastrofalny, skutkując niszczeniem postaw przedsiębiorczych;
  10. Darmowe pieniądze niszczą podstawy jakże słabego jeszcze komercyjnego finansowania.  Polskie banki mają wyjątkowo niski poziom finansowania działalności komercyjnej; również  funkcjonowanie polskich sieci aniołów biznesu, mimo zainwestowania w to znacznych pieniędzy jest zaledwie symboliczne..

 

Rozumiem, że Pani Minister może być pod ogromnym naciskiem partyjnych biurokracji i całego aparatu administracyjnego, który z rozdawnictwa pieniędzy czyni narzędzie wzmacniania swoich wpływów (i źródło korzyści).   Ale długoterminowe perspektywy polskiej gospodarki, przy rosnącej biurokracji, spadającej przedsiębiorczości, starzejącym się społeczeństwie i uciekającej za granicę młodzieży wyglądają coraz gorzej; na niej (i nas) spoczywa ogromna część odpowiedzialności za dalszy rozwój sytuacji…

A przecież dobrze przemyślany system wspierania przedsiębiorczości, uwzględniający w obszarze finansowania dobrze zaprojektowane mikropożyczki, regionalne Fundusze Rozwoju i dobrze działające lokalne i branżowe sieci aniołów biznesu mógłby dużo zmienić.

Presja społeczna wpływowych  środowisk rozumiejących naturę biznesu mogłaby tu (mam nadzieję) sporo dobrego zdziałać..

 

Więcej:

 

http://www.kreatywne-strategie.com/przedsiebiorczosc/dotacje-dla-firm-czy-naprawde-jest-tak-wspaniale/

 

 

Minister Nowak podejmuje zdecydowane działania na rzecz nagminnie bankrutujących podwykonawców..  Pytanie jednak, czy te działania, mające obronić ich przed chronicznym już niewywiązywaniem się zleceniodawców ze zobowiązań są tym co jest naprawdę potrzebne?

Wątpliwości budzi zarówno sposób rozwiązania (gwarancje i zaświadczenia) jak i sposób jej wprowadzania – przez kolejną ustawę.

Żądanie od wykonawców dodatkowych ubezpieczeń – na kwotę 3% kontraktu – na ew. pokrycie należności jest ruchem budzącym wiele wątpliwości.  Choć docenić można intencje, to efekt amortyzujący takiej kwoty jest wątpliwy (przy kosztach materiałów, które, jak skoczyły o kilkadziesiąt procent. I to przy ponad pięćdziesięcioprocentowym ich udziale w całej strukturze kosztów.  O ile jednak amortyzujący efekt jest wątpliwy, to na pewno wymóg takich ubezpieczeń w sposób istotny skomplikuje i przedłuży czas przygotowania oferty, a więc i całej procedury przetargowej.  A już obecnie często się zdarza, że czas przetargów i ustaleń jest dłuższy, niż czas prowadzenia robót inwestycyjnych.

Co więcej – Minister oczekuje, że główny wykonawca udokumentuje fakt zapłacenia pod-wykonawcom zanim sam otrzyma należność.   To w oczywisty sposób wyeliminuje z przetargów znaczną liczbę firm, które nie mają aż tak znacznych zasobów gotówki…  W konsekwencji realizacja projektów inwestycyjnych będzie droższa i jeszcze bardziej rozciągnięta w czasie..  Ale czy można inaczej?  Można.  Bardzo prosto. Przez pominięcie płatności na konto wykonawcy-koordynatora.  Jeśli obawiamy się problemów z płatnościami, można przyjąć zasadę, że inwestor płaci należność bezpośrednio na konto podwykonawcy po trzymaniu faktury parafowanej „przyjęto i zaakceptowano pod względem formalnym i rzeczowym” przez koordynatora inwestycji.  Nikt na tym nie traci, wszyscy zyskują.  Zyskuje nawet wykonawca-koordynator który mógł mieć kłopoty z pozyskaniem dobrych podwykonawców, który obawiać się mogli jego niewypłacalności..

Proste jest piękne, prawda?

Drugi problem, to sposób wprowadzania zmian.  Polska cierpi na obsesyjną wręcz chęć naprawiania wszystkiego przy pomocy kolejnych ustaw.  Ustawy – po pierwsze – z natury rzeczy wchodzą w życie z opóźnieniem, po drugie – przedłużają proces legislacyjny innych regulacji, i – po trzecie – z natury rzeczy są trudno zmieniane, bo w przypadku błędów wymagają uruchomienia kolejnego cyklu procesu ustawodawczego.   A przecież wiele potrzebnych zmian, a co najmniej te, mogą być w prowadzone w formie zalecenia, rozporządzenia czy po prostu jako rekomendacja dobrych praktyk dla instytucji prowadzących przetargi..

Bo przecież nie potrzebujemy więcej ustaw, potrzebujemy lepszych praktyk zarządzania.

Ale… Dawno temu, jeszcze „za komuny” mówiło się ironicznie „po co ma być prosto, jak można skomplikować.” I co?  „Nowe wraca”?

Ale nie chodzi o to, żeby krytykować błąd.  Każdy popełnia błędy.  Rzecz w tym, jak – w sposób systemowy zapobiegać takim błędom.

Już od dawna nauka pracuje nad zrozumieniem zagadnienia „dlaczego mądrzy ludzie podejmują głupie decyzje” – i,  co najważniejsze

„co z tym można zrobić”.   Wypracowana kilka efektywnych podejść, które w stosowane w odpowiedniej kombinacji dają możliwość unikania
błędnych decyzji.

Jedno, to metoda „burzy mózgów”  – metoda poszukiwania nowych pomysłów, pozornie dobrze znana, ale wcale nie tak często stosowana.
Drugie, to  pakiet zaleceń wynikających z identyfikacji problemu nazwanego „groupthink” – grupowym myśleniem; trzecie to technika zwana
„naradą morderców”, a rekomendowana  tam, gdzie decyzje dotyczą regulacyjnego wpływu „centrum” na zależne podmiotu.
Sprowadza się ona do poszukiwania sposobów, w jaki podmioty zależne mógłby „ograć” centrum pozornie podporządkowując się zaleceniom,
a w rzeczywistości maksymalizując swoje partykularne korzyści.

Metody lepszego podejmowania decyzji są w zasięgu ręki.  Wystarczy po nie sięgnąć.

 

 

„Cholera jasna! To położy nasz budżet!” – przeklina burmistrz Gródka (4 999 mieszkańców) na wieść, że Kowalska powiła  dwoje bliźniaków.

Jak to możliwe?

 

Chyba trudno o lepszy czas, niż dzień matur matematycznych na ten temat..  Nauka matematyki nie powinna służyć wkuwaniu niepotrzebnych nikomu regułek, powinna rozwijać wyobraźnię..  Powinna dawać umiejętność „mierzenia świata”, kalkulowania planów i konsekwencji naszych działań..

Agendy Polskiego Państwa wykazują jednak czasem szokujący brak wyobraźni matematycznej.

A konkretnie: W dokumentacji konkursu otwartego  „Program Operacyjny Kapitał Ludzki” możemy przeczytać, że” Łączna wartość kosztów zarządzania projektem /../ nie może przekroczyć:

c) 20% wartości projektu w przypadku projektów o wartości powyżej 1 mln i do 2 mln zł

włącznie;

d) 15% wartości projektu /../ powyżej 2 mln i do 5 mln zł włącznie;

e) 10% wartości projektu w przypadku projektów o wartości powyżej 5 mln zł.”

 

W konsekwencji, jeśli mamy projekt o wartości 2 mln zł, to na zarządzanie nim możemy przeznaczyć 400 tysięcy; jeśli postanowimy jeszcze zrobić kilka rzeczy więcej, za 500 tysięcy, to kwota ta.. spadnie (!) do 375 tysięcy..  Jeszcze zabawniej, jeśli będziemy realizować ambitny, projekt, który oryginalnie miał wartość 5 mln a rozbudujemy go do 6 milionów… Wtedy to kwota na administrowanie projektem spadnie nam z 750, do 600 tysięcy.  Gdzie logika?

 

Ale to nic.  Można powiedzieć – projekty unijne nie są obowiązkowe, a darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.. Dlatego powinniśmy się cieszyć, że jakieś pieniądze z Unii dostajemy, bo to zastrzyk dla naszej gospodarki. Niby tak.. Ale..

Rządy- nawet pan-europejskie –  nie dają nam pieniędzy.  Rządy redystrybuują te, które od nas, podatników wzięto.  Nawet jeśli więcej, trzy razy więcej dostajemy z unijnej kasy niż stamtąd bierzemy, to i tak powinniśmy to przyzwoicie policzyć.

Bo – powiedzmy: wpłacamy 30 milionów, dostajemy 120.  Hurra!  Jesteśmy 90 do przodu.. Ale.. Jeśli 50%  tej kwoty jest marnowane na koszty administracyjne (po stronie wszystkich kolejnych szczebli administracji, beneficjentów, i tych co beneficjentami nie zostali)?  (Te ostatnie koszta są chyba najczęściej ignorowane…

A to, co jest wydatkowane zgodnie z z przeznaczaniem – na przykład dotacje na szkolenia jest wydatkowane o trzykrotnie  efektywnie, niż gdyby decydowały o tym same zainteresowane  organizacje?  Wtedy efekt „netto” miałby wartość (1/6 ze 120 milionów) –  20 mln.  I wtedy wychodziłoby, że jesteśmy 10 mln „do tyłu”…
Ale – przyjmijmy, na chwilę, że to tylko taka zabawa liczbami.  Bo to temat na dłuższą dyskusję.

 

Wróćmy do  przedstawionego na początku przykładu. Jak pisze p. Gniadkowski, w czasopiśmie „Wspólnota” (5 maja br.) bardzo podobny problem mają gminy z finansowaniem szkół.  Okazuje się, że  zastosowany tam  „schodkowy” system dotacji powoduje, że gmina, która ma 4 999 mieszkańców ma o 40% większe dotacje na ten cel niż gmina, która ma 5001 mieszkańców.   Coś tu chyba nie tak..  A dla gmin tych troszkę tylko większych, to często poważny, bardzo poważny problem.

A można to inaczej, lepiej zaprojektować.

Jak by co, polecam się…

 

PS:  A żeby było śmieszniej – a może – żeby było jeszcze mniej śmiesznie,

to znam gminę, która rozważała zmianę granic by tylko zejść poniżej 500o mieszkańców,
by uratować swój budżet…

(Autor jest – z pierwszego fakultetu – magistrem matematyki.  Choć tutaj to matura zupełnie wystarcza..)

Punkt wyjścia

Trudno się dziwić rozgoryczeniu 144 byłych pracowników lubelskiej firmy „Protekor”, którzy w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia dostali przez kuriera wypowiedzenia… Bo przecież zaledwie dwa tygodnie wcześniej obiecywano im pracę, jeszcze pół roku wcześniej pan Paweł Strączyński, wiceprezes Protektora na antenie ogólnopolskiej telewizji przedstawiał świetlaną przyszłość zakładu… Trudno im się dziwić że sięgają do strajku okupacyjnego, gdy się czują zwyczajnie oszukani, gdy czują się potraktowani bezwzględnie, nieludzko, gdy czują się oszukani.

Trudno się dziwić poczuciu krzywdy, gdy – jak to trafnie opisali jeszcze w … Hamel i Prahalad: w swej fundamentalnej pracy Competing for the Future : „pracownicy słyszą, że są najcenniejszym majątkiem firmy, ale wiedzą o tym, że są majątkiem, którego firma najłatwiej się pozbywa”.

Jeśli jednak chcemy znaleźć skuteczne, trwałe rozwiązanie problemu musimy też zrozumieć drugą stronę, i zrozumieć uwarunkowania całej sytuacji. Musimy zrozumieć, że cały sektor produkcji materialnej w krajach Unii Europejskiej jest zagrożony w swych podstawach istnienia, gdy fabryki w Chinach produkują wszystko w skali masowej, a do tego korzystają z nieporównanie tańszej siły roboczej.

Musimy zrozumieć, że kierownictwo zakładów potrzebuje myśleć w skali co najmniej kilkunastu lat, że nawet zakłady które dziś są rentowne wymagają strategicznego, długofalowego spojrzenia dla podjęcia decyzji o ich utrzymaniu i inwestowaniu w ich rozwój.. Czy choćby utrzymanie.

Musimy zrozumieć, że tyko przez integrację produkcji w skali Unii Europejskiej, przy osiąganiu najwyższych poziomów jakości i przez wprowadzanie innowacyjnych produktów możemy mieć nadzieję,

Menadżerowie i przedsiębiorcy wielokrotnie dostawali brutalne lekcje, gdy proces przeobrażeń przedsiębiorstw przedsiębiorstwa, których miejsca pracy mogłyby być – choć częściowo – zachowane bywały doprowadzane na skraj bankructwa przez bojowe, acz krótkofalowo myślące związki zawodowe. Lublinianie nie muszą daleko szukać przykładów – w tak dobrze pamiętanym przez wielu z nas okresie przemian Lubartowski Kasprzak mógł pozyskać francuskiego inwestora i zyskać nowe perspektywy. Wymagało to jednak istotnej redukcji zatrudnienia – zwłaszcza wśród rozbudowanej zakładowej biurokracji. Bolesny byłby to zabieg, ale choć coś 40% załogi straciło by pracę, inni by ją utrzymali. A utrzymawszy ją, dzięki swoim zarobkom dawali by pracę setkom innych ludzi… Między innymi tym, którzy musieliby z „Kasprzaka” odejść..

Musimy zdać sobie sprawę, że wypłacanie ogromnych – z punktu widzenia przedsiębiorstwa – odpraw mogłoby podciąć jej korzenie, doprowadzić do bankructwa i pozbawić pracy wszystkich innych. Nawet wtedy, gdy odprawy takie nie wydają się wcale wygórowane z punktu widzenia kogoś kto swemu miejscu pracy poświęcił dziesiątki lat i z dnia na dzień traci nie tylko zarobek, ale i wszystkie nadzieje na przyszłość, gdy plany rozpadają się w pył i człowiek – zwyczajnie – „nie wie co ze sobą zrobić”…

Doświadczenia

Czy można inaczej? Największa wojna przemysłowych gigantów – General Motors i Toyoty daje chyba najlepszy materiał do przemyśleń; wynik tak rozległego starcia rozgrywający się na przestrzeni prawie całej kuli ziemskiej nie mógł być wynikiem tej czy innej dobrej decyzji, tym bardziej przypadku.

Względnie nie tak dawno, za pamięci starszych z nas Toyota była względnie niedużą, prowincjonalną firmą z ogromnymi ambicjami. Gdy stracie się rozpoczynało, naprzeciw niej znajdował się amerykański gigant, rozsiadły na prawie wszystkich kontynentach – nie tylko w macierzystej Ameryce, ale i w Europie (Opel) a nawet w Australii (Holden). O Toyocie – i innych ambitnych „Japończykach” mówiono z lekceważeniem, że swój sukces zawdzięczają temu, iż azjaci pracują „za pół darmo”. W tym to czasie o jej potężnym rywalu mówiono „co jest dobre dla General Motors jest dobre dla Ameryki”.

Toyota, jako pierwszy japoński producent rozpoczęła sprzedaż swych samochodów w 1957 roku w Ameryce, w 2007 wysforowała się na prowadzenie, bijąc GM w liczbie sprzedawanych samochodów, a w 2009 GM ogłosiło bankructwo, zamknięto tuzin zakładów, a 20 000 pracowników znalazło się na bruku. Ocenia się, że wraz z dostawcami i dealerami pracę stracić mogło 100 000 osób.

Podobnie inspirujący jest przypadek Semco; ta brazylijska firma nie tylko przetrwała samodzielnie w warunkach hiperinflacji, ale i osiągnęła godne pozazdroszczenia tempo rozwoju (wartość sprzedaży wzrosła z 4 mln dolarów w 1884 do $212 w roku 2003, zatrudnienie w tym okresie z 90 osób do 3 000). Jej średnie tempo rozwoju na przestrzeni 14 lat wyniosło 27,5%..

To, co łączy oba, jakże zastanawiające przypadki, to podejście do ludzi. Jednym z kluczowych czynników jest legendarna jakość Toyoty – podczas gdy GM często wypuszczał samochody pozostawiające (w oczach współczesnego klienta) wiele do życzenia… Ale niewątpliwie nieodzownym, kluczowym czynnikiem sukcesu Toyoty były zupełnie inne relacje firmy z jej pracownikami (a także z klientami i kooperantami). General Motors – jak większość firm amerykańskich – nie miała najmniejszych skrupułów z wyrzucaniem ludzi na bruk. Tymczasem, gdy jakiś zakład staje się niepotrzebny – na skutek zmiany profilu produkcji kierownictwo Toyoty „staje na głowie” by znaleźć zajęcie dla tych ludzi…

W General Motors dominowało konfrontacyjne podejście – łatwości pozbywania się ludzi ze strony zarządu towarzyszyły roszczeniowe postawy, wysoki poziom absencji i częste strajki.

Co można trzeba zrobić?{uwaga redakcyjna: skreślenie tu jest zabiegiem celowym}
Najprawdopodobniej nic już nie da się zrobić w kwestii „Protektora” i jego 144 zwolnionych. Rozhuśtane emocje osiągnęły ten poziom, że trudno rokować znaczniejsze powodzenie mediacjom zorganizowanym przez wojewodzinę Szołno-Koguc.. Strony zdają się być przekonane, że zostało im już tylko wydzieranie sobie nawzajem resztek majątku firmy.
Ale są inne firmy. Mówi się, że dwadzieścia osiem firm lubelskich planuje zwolnienia, które objąć maja 378 osób.. A możliwe, że o wielu innych nie wiemy… To ich miejsca pracy – i miejsca pracy tych, którzy jej teraz nie mają, są stawką..
Musimy sobie bardzo, bardzo wyraźnie powiedzieć:

Potrzebna jest zmiana paradygmatu myślenia… Musimy wreszcie odrzucić marksistowski schemat o „walce klas” i związane z nim stereotypy: że przedsiębiorcy to złodzieje i wyzyskiwacze, a robotnicy są jedynie od wykonywania poleceń i nie mogą sami nic specjalnego wnieść do rozwoju firmy.

Żadne miejsca pracy nie będą długo bezpieczne, jeśli firma nie będzie przynosiła zysków; a i żadna firma nie przetrwa długo, jeśli nie będzie potrafiła wykorzystać potencjału innowacyjnego swoich pracowników. Powiedzmy to sobie wyraźnie – świat pędzi do przodu, chcemy, czy nie – i tylko raźno przebierając nogami możemy utrzymać swoją pozycję. Muszą zmienić swoje nastawienie pracownicy, muszą często też często zmieniać je kierownictwa firm.

Mało jest równie cennych wypowiedzi, równie proroczych jak ta, którą Konosuke Matsushita (jeszcze w latach siedemdziesiątych), prezes Panasonic adresował do zachodnich menadżerów:
„ My wygramy, a wy przegracie. Nic na to nie poradzicie, bo ta choroba przeżarła was od środka. Wasze firmy są zbudowane, na taylorowskich przesłankach. Gorzej, wasze głowy też. Jesteście przekonani, że dobre zarządzanie to kierownictwo z jednej strony, a pracownicy z drugiej, po jednej ci, którzy myślą, a po drugie ci, którzy tylko wykonują pracę.
Dla was dobre zarządzanie to sztuka płynnego przekazywania idei kierownictwa do rąk robotników.(…)
My wiemy, że biznes stał się nieprawdopodobnie skomplikowany. Przetrwanie jest bardzo niepewne, w środowisku narastająco pełnym ryzyka, niepewności i konkurencji. (…)
My wiemy, że inteligencja kilku technokratów – nawet wybitnie inteligentnych – jest niewystarczająca dla sprostania tym wyzwaniom. Tylko intelekt wszystkich pracowników może pozwolić firmie, na przejście przez zawirowania, by sprostać wymaganiom nowego środowiska.”

A więc co konkretnie można trzeba zrobić? Na pewno niewiele przyniosą apele do polityków o pomoc; nie dość, że nie mają odpowiednich narzędzi. Gorzej, że przekazywanie społecznych funduszy na nie rokujące przyszłości zakłady przynosiłoby więcej szkody niż pożytku.

Najwięcej zależy od samych firm, od ich pracowników. I tu jest do rozbicia kolejny mit. Powstało w Polsce przekonanie, a – niestety – przejawia się ono też w dokumentach Komisji Europejskiej, że to w młodzieży jest największy potencjał twórczy. Nic bardziej błędnego. Choć w śród młodych ludzi – oczywiście – pojawia się wiele ciekawych pomysłów (zwłaszcza w obszarze technologii informatycznych), to największy potencjał przedsiębiorczości tkwi w ludziach dojrzałych. Tragicznie, zarówno nasz system wychowania, jak i praktyka większości organizacji systematycznie zabija kreatywność i inicjatywę w swych pracownikach.

Ten proces można i trzeba odwrócić. Dojrzali pracownicy więcej wiedzą o klientach, dostawcach, procesie produkcyjnym, jego potencjale i niedostatkach.. I o ile rzeczywiście „naturalna” kreatywność młodzieży jest większa, to przy pomocy odpowiednich technik i we właściwym społecznym klimacie efektywna kreatywność przejawiająca się zdolnością do generowania innowacji jest znacznie wyższa wśród osób dojrzałych.

Doświadczenia krajów o dłuższej tradycji wolnorynkowej pokazują, że to właśnie dojrzali ludzie tworzą najwięcej nowych firm. Badania Fundacji Kaufmana pokazały, że w Stanach Zjednoczonych:
– osoby w wieku 55-64 lat częściej, niż inne grupy zakładały własne firmy;
– w każdym kolejnym roku z 10 lat przeprowadzonej analizy porównawczej osoby w wieku 55-64 miały wyższy wskaźnik aktywności przedsiębiorczej niż te w wieku 20-34
– że 2/3 założyciel firm było w wieku 35-54
– średnia wieku założycieli firm technologicznych wynosi 39 lat
– wśród założycieli firm technologicznych jest dwukrotnie więcej osób powyżej 50 roku życia, niż poniżej 25
• Badania kanadyjskie (CIBC World Markets)
– pokazały jednoznaczną, pozytywną korelację wieku i tendencji do zakładania własnych firm.

Firmy potrzebują więc zadbać o:
• Stworzenie klimatu „zachęty innowacji”
• Wyposażyć pracowników w odpowiednie „narzędzia” rozwiązywania problemów i – przez odpowiedni trening – zregenerować potencjał twórczości wśród dojrzałych pracowników
• Przeprowadzać – dla wszystkich chętnych, ale zwłaszcza dla doświadczonych pracowników warsztaty strategicznego poszukiwania nowych możliwości rynkowych

Czy władze samorządowe też coś mogą w tej kwestii zrobić? Tak, potrzebne są lokalne fundusze rozwoju które pomagałby by w tworzeniu nowych firm i „pączkowaniu dotychczasowych”. Regionalne ośrodki dialogu społecznego mogłyby też służyć wsparciem dla pracodawców i pracowników w poszukiwaniu konstruktywnych rozwiązań dla nieuniknionych przecież konfliktów..

O ile dotychczas mówi się o spółkach spin-off i spin-out w kontekście placówek naukowych i firm high-tech, to podejście to może też być szansą takich firm jak lubelski Protektor, a np. park maszynowy wykorzystywany do produkcji obuwia mógłby być częściowo przestawiony na produkcję oporządzenia dla koni, obuwia ortopedycznego, czy czegokolwiek innego, co tylko pracownicy firmy mogliby wymyśleć..

Doświadczenia krajów dojrzałych gospodarczo (a takim Polska już się staje) pokazują, że jedynie 1% miejsc tworzonych jest przez zewnętrznych inwestorów, a 99% tworzą nowe i małe, rozwijające się firmy. Doświadczenia takich firm jak Toyota, Semco czy 3M pokazują, że większe firmy też mogą stworzyć klimat i system wsparcia.

Najwyższa pora, by przyjąć te fakty do wiadomości, i szukać wewnątrz firm, wśród wszystkich pracowników (nie tylko najwyższego kierownictwa) pomysłów na nowe produkty, nowych klientów czy na systematyczne doskonalenie produktów.. A pojawiającym się pomysłom trzeba dawać rzetelne szanse sukcesu i efektywne wsparcie, gdy pomysły okażą się sensowne..

A jeśli nawet nie jesteśmy w stanie nic wymyśleć, to przynajmniej można zadbać o to, by zwolnienia odbyły się w atmosferze poszanowania godności; wiele firm – jak np. TP SA, stojąc wobec takiej konieczności zatroszczyły się o współpracę firmy pomagającej byłym pracownikom w znajdowaniu pracy.

Ale moją preferowaną opcją jest jednak – niezmiennie – stała troska o wspólne wyszukiwanie szans rynkowych, byśmy tworzyli systematycznie nowe miejsca pracy w miejsce tych, które – w naturalny sposób – wypadają z rynku…Bo przecież nie chodzi o to, by się na rzeczywistość oburzać, ale by wspólnie tworzyć lepszą przyszłość…

Według informacji Urzędu Pracy w Lublinie 27 firm szykuje zwolnienia 378 osób.

Czy coś zostanie zrobione, by tracone miejsca pracy zastąpić nowymi?

Z fascynacją i przerażeniem oglądam program „Państwo w Państwie”. W ostatnią niedzielę 11 grudnia (Polsat, 19.30), oglądać mogliśmy przypadek firmy „Irene”; urzędnik Transportowego Dozoru Technicznego, działając w oparciu o skargę klienta na jakość wyrobu (której charakter, w sposób zadziwiający zmienia się w miarę upływu czasu) jednym faksem zamyka produkcję wyrobu, jakoby stwarzającego zagrożenie. W efekcie jedna urzędnicza decyzja, oparta o nie udowodniony zarzut pozbawia przedsiębiorcę miejsca i jego pracowników źródła utrzymania.

Słusznie narzeka się w programie na urzędnicze błędy i przerost biurokracji. Ale umykać zdaje się najważniejszy, kluczowy element, na którym warto by się skupić.

Praktyka stosowanego w Polsce prawa czyni z urzędnika prokuratora, sędziego i kata w jednym, a z przedsiębiorcy pod-człowieka, któremu nie przysługuje fundamentalne prawo demokracji – prawo domniemania niewinności.

Nie jestem prawnikiem, nie wiem, jak to należy zmienić. Ale wiem, że nie można dłużej akceptować sytuacji, gdy na skutek urzędniczego kaprysu, na podstawie nieudowodnionego zarzutu ktoś może pozbawić przedsiębiorcę dorobku całego życia, a jego pracowników źródła utrzymania. ( A może niekoniecznie muszą to być zmiany w prawie, może wystarczą decyzje kierowników resortów)?

Przedsiębiorcy nie powinni być wykluczeni z zasięgu fundamentalne zasada państwa prawa, że nikt nie może być ukarany, dopóki nie udowodni mu się winy przed obiektywnie działającym sądem.

Powiedzmy to wyraźnie: nie chodzi o to, by tropić takie, czy inne błędy urzędnicze, czy nadużycia władzy. Mówienie o karaniu urzędników za złe decyzje też jest wołaniem o łapanie wiatru w polu. Chodzi o to, by zmieniać system, w którym jedna ze stron posiada absolutną władzę, umożliwiającą zniszczenie jednym ruchem dorobku całego życia. Taka absolutna władza korumpuje absolutnie, i stwarza przeraźliwie szerokie pole do nadużyć.

Ale.. żeby nie była to zbyt łatwa promocja programu: wkurza mnie ciężko redaktor Talkowski, gdy radośnie życzy poszkodowanym wysokich odszkodowań ze strony Państwa. Te pieniądze nie zostaną wyjęte z kieszeni przepłacanych urzędasów; one zostaną wyjęte z kieszeni nas wszystkich…

Ostatnie decyzje zarządu Poczty Polskiej (budzące wściekłość pracowników poczty obcięcie wielu dodatkowych świadczeń) świadczą, że podzieli ona los General Motors…

Oczywiście, o ile nie nastąpią radykalne zmiany.

Niektórzy twierdzą, że wielkie firmy państwowe „z natury rzeczy” nie mogą być efektywne. Nie do końca – fakt, trudno o dyscyplinę finansów i uważność na potrzeby klienta, gdy się ma poczucie monopolu. Ale tę arogancję Poczta Polska dzieli też z wyżej wspomnianym GM który to, choć nie był firmą państwową, widział siebie jako niezagrożonego mocarza swego rynku.

Ale podobieństwa nie ograniczają się do dominującej pozycji: kierownictwo Poczty Polskiej (podobnie jak kierownictwo GM) koncentruje się na odbieraniu przywilejów przepłacanych w jej opinii pracownikom. Czy rzeczywiście zarabiają oni za dużo? Wbrew pozorom, jest to nieistotne! Jeśli poczta pracowałaby dwa razy efektywniej, sprzedając (w warunkach uczciwej konkurencji) usługi o dwa razy wyższej wartości, to dlaczego jej pracownicy nie mieliby więcej zarabiać – na siebie i swoje rodziny? No właśnie zarabiać na siebie, a nie zdzierać haracz monopolisty …
Trudno o większy absurd, i lepszy dowód na nieudolność Poczty w obecnym stanie, niż fakt, że konkurencja potrafi wdzierać się na rynek zastrzeżony dla Poczty Polskiej przez sztuczne obciążanie swoich przesyłek – czy to metalową blaszką, czy notesikiem…
Niestety, absurdalnie chaotyczne decyzje typu zmiana logo tylko pogłębiają poczucie niekompetencji kierownictwa i beznadziejności..
A kogo to obchodzi? Wbrew pozorom – po pierwsze wszystkich – przecież wszyscy (jako podatnicy i konsumenci) za to płacimy w różny sposób – chociażby przez brak dostępu do lepszych usług, i przez to, że ta perła majątku narodowego systematycznie traci swój blask…
Interesować powinno to też samych pracowników; im bardziej nic się w Poczcie Polskiej nie zmienia, tym bardziej pewne jest, że zmieni się to nagle i z wielkim hukiem…
Ale… Czy może byś inaczej? Może. Warto spojrzeć na przykład Australia Post z drugiej strony kuli ziemskiej. Jak wiele innych monopoli państwowych była ona swego czasu symbolem bojowych związków zawodowych, bezwzględnie broniących przywilejów swych członków, niskiego poziomu obsługi i „nieodzownych” państwowych dotacji. Dzisiaj jest sprawną, dynamiczną organizacją dającą pewność, że list wysłany przed osiemnastą będzie dostarczony w innym wielkim mieście w ciągu dwóch dni… Australia Post raźno wkroczyła na tworzący się rynek przesyłek będących produktem handlu internetowego, wyrabiając sobie doskonałą pozycję zaufanego dostawcy, zanim konkurenci zdołali tam zaistnieć…
Cóż.. Gdybym był właścicielem choć jednego procenta akcji Poczty Polskiej zafundowałbym dwudziestoosobowej ekipie zarządczej i przywódców związkowych wycieczkę do Australii, by tam zobaczyli jak efektywnie może działać siostrzana firma…
Prawdopodobnie byłaby to świetna inwestycja..
A tymczasem – co mogą zrobić pracownicy i kierownictwo? A dlaczego nie poszukać samemu, na wszystkich szczeblach organizacji źródeł oszczędności i podnoszenia efektywności? A dlaczego by samemu nie wejść na nowe, pokrewne rynki? W tym momencie, wg wielu opinii i mojego doświadczenie rynek przesyłek kurierskich jest wyraźnie niedopieszczony i oferuje atrakcyjne marże…
Poczta Polska – a także jej pracownicy i kierownictwo – ma jeszcze szanse… Pytanie, czy je wykorzysta…

Fakt, który należy docenić to dynamiczny rozwój Banku Pocztowego. Pokazuje to, że kierownictwo Poczty Polskiej potrafi dostrzec strategiczne okazje i tworzyć nowe, zyskowne rynki.

Jest więc nadzieja…