Panu Krzysztofowi Łozińskiemu dedykuję..

 

Miałem ostatnio ciekawą rozmowę z p. Jackiem Barcikowskim – człowiekiem, który odniósł sukces w biznesie, a teraz zajmuje się kwestiami dobrego zarządzania w samorządach lokalnych. A zwłaszcza w Lesznowoli.  Jacek bardzo precyzyjnie nazwał coś, co od dawna chodziło mi po głowie..

Jacek zwraca uwagę na to, że straszliwie spłyciliśmy istotę demokracji.  A może po prostu daliśmy sobie wmówić, że istotą demokracji są wybory.  I mamy wybory, owo „święto demokracji”, gdzie rozmaici kandydaci, odpicowani na potęgę, wdzięczą się do nas z setek bilbordów, przekonują nas do najrozmaitszych bajerów, których wartości nie jesteśmy w stanie ocenić, a potem.. robią co chcą, przez cztery lata – do następnych wyborów.  Gorzej, że gdy poszczególne partie „dają” to, czy owo – to „ciemny lud to kupuje” i się cieszy…

I tu się z Jackiem zgadzam: może wybory są świętem demokracji, ale to kontrola społeczna jest demokracji dniem powszednim.  Jeżeli nasza obywatelskość ogranicza się do uczestnictwa w wyborach, gdzie głosujemy na ładnie zrobione twarze i na atrakcyjne hasła, to zachowujemy się, jak durny i bezradny klient, który jest zmuszony do kupowania samochodu na podstawie fotografii prezesa firmy.. A nie ma on możliwości przetestowania samochodu – gorzej: nie dostaje on nawet specyfikacji technicznej..

Możemy za to – jak się to nam wielokrotnie powtarza – kupić sobie inny samochód, jak się ten, co kupiliśmy zużyje. Nie, nie możemy go zareklamować, nie mamy prawa do żądania napraw.  Ale – ciesz się, ciemny ludku – będziemy sobie mogli kupić inny samochód. W następnych wyborach – na podstawie równie „dobrze przemyślanego” wyboru.

Przechodząc do puenty – tym, co Polsce (jak i wszystkim krajom chcącymi być demokratycznym) jest potrzebne, to efektywna kontrola społeczna. Bez efektywnej kontroli społecznej w każdym systemie grupa u władzy ulega wyalienowaniu, wbija się w poczucie wyjątkowości, własnej nieomylności i w przekonanie, że „ponieważ robimy tak wiele dla społeczeństwa, to nam się dużo należy”.  Takiej patologii uległa kasta kapłanów chrześcijańskich, gdy w przepięknej rewolucji Chrystusowej zaproponowano odejście od wizji mściwego boga plemiennego, każącego okrutnie zniszczeniem miasta i wymordowaniem mieszkańców za odtrącenie jego wysłanników.  Zamiast niego Jezus przedstawił Boga miłującego i wybaczającego, negującego kamienowanie cudzołożnicy i wzywającego do nadstawiania drugiego policzka. Powstała biurokracja kościelna zawłaszczyła tam – na przykład – dziesięcinę, która była pierwotnie datkiem na biednych (jak to jest do tej pory w Islamie i niektórych religiach półwyspu indyjskiego).  (Bo jak to jest, że historia Wiktora Hugo o wyjątkowości  pewnego biskupa, który swój pałac oddał na dom opieki, który do tej pory był nędzną szopą, brzmi wciąż tak aktualnie?)

Podobnie zawłaszczona i splugawiona przez biurokrację partyjną została piękna w swych założeniach idea sprawiedliwości społecznej, która zrodziła rządy tyranów i morderców opływających we wszelkie dobra, a wycierających sobie gęby szlachetnymi hasłami…

 

Czy wyjściem jest całkowity indywidualizm, brak więzi społecznych? Nie, przecież jesteśmy jednocześnie

  1. a) indywidualnościami szukającymi przestrzeni dla wyrażenia swojej osobowości i pragnącymi zapewnić przetrwanie swoim genom, jak i
  2. b) członkami społeczności, którym ta społeczność jest niezbędna do funkcjonowania…

 

Społeczności, potrafiące zadbać o swoich członków, wykazują ogromną siłę przetrwania..  Takim pięknym przykładem może być spółdzielnia żupników (tych z Wieliczki), o której pisał Stefan Bratkowski w jednej ze swych książek. Zapewniała ona swoim członkom opiekę na wypadek choroby, zabezpieczenie na starość i finansowanie wykształcenia dzieci (nawet uniwersyteckie!). Sekretem spójności spółdzielni, która przetrwała sześćset lat, a zniszczyło dopiero wchłonięcie przez komunistycznego molocha było to, że przywódcy cechu „rozliczali się przed kamratami z każdego grosza”.

Jak szybko patologizuje się grupa wyposażona w niekontrolowaną władzę, pokazał wyraziście słynny eksperyment Filipa Zimbardo zrealizowany na Uniwersytecie Stanforda.. (W eksperymencie tym, gdzie normalnych, zdrowych psychicznie amerykańskich studentów podzielono na dwie grupy  w symulowanym więzieniu: na „strażników” i „więźniów”. Zatrważająco szybko doszło do przypadków znęcania się nad „więźniami”, eksperyment więc przerwano.  Pokazał on jednak dobitnie, jak źle zaprojektowany system może wyzwalać w ludziach najgorsze instynkty.  Do podobnych wniosków – że to system jest przede wszystkim odpowiedzialny za ludzkie zachowania – doszedł w zupełnie innym kontekście Edward W. Deming, „ojciec chrzestny” japońskiego cudu gospodarczego).

A o tym, jak przetrwała po uprzednim systemie biurokracja szybko zaczęła korumpować post-solidarnościową klasę polityczną niezwykle konkretnie kiedyś pisał w Gazecie Wyborczej profesor Tadeusz Tyszka.  Na przykład o tym, że ofiarowano mu bezpłatne przyznanie  mieszkania – „jak Panu niepotrzebne, to może się przyda dla syna”?  Podobnie, choć w bardzo różny sposób zaczęła szybko obrastać w przywileje i korzyści cała nowa, „styropianowa elita” czasem porozumieniu z, czasem w konkurencji do startych „układów” .

Mój kolega z Melbourne, były działacz NZS, z emigracji okresu solidarności, skomentował ten proces słowami „widziałem wielu ludzi, którzy oparli się presji służby bezpieczeństwa PRL, ale nie wytrzymali pokusy pełnego koryta”.

Grzech pierworodny

Grzechem pierworodnym liberalnego skrzydła „Solidarności” (i „Solidarności” w ogóle) – grzechem zaniedbania, jak sądzę, był proces przemian „reformy Balcerowicza”. Uwierzono wtedy, że totalna prywatyzacja, zastąpienie socjalizmu kapitalizmem przyniesie zbawienie dla gospodarki, a zatem i dla społeczeństwa..  Nie było nad tym rzetelnej debaty, a krytyczne opinie – jak profesora Kieżuna, jednego z najwybitniejszych polskich specjalistów zarządzania (z solidną praktyką we wprowadzaniu reform!), nie tylko nie zostały wysłuchane, ale nawet nie zostały dopuszczone do głosu.

 

Niezwykle szczerze napisał o tym dawny dziennikarz Gazety Wyborczej, Jacek Rakowiecki, w artykule dla „Krytyki Politycznej”: „obrona Balcerowicza była absolutnie nadrzędną wartością. Ze wszystkim innym można było iść na kompromis. Z tym nie. I nie chodziło tylko o obronę Leszka Balcerowicza jako partyjnego lidera, polityka i ministra, ale o obronę pewnej wizji, która sprowadzała się do głębokiej wiary w to, że każdy jest kowalem własnego losu. I ponieważ na naszym przykładzie to się sprawdzało – bo myśmy swój los wykuli, jesteśmy dobrze sytuowani, poważani, profesjonalni, w zasadzie tacy, jak na Zachodzie (tylko, cholera, oni tam jeszcze więcej od nas zarabiają) – to sądziliśmy, że to się powinno również w przypadku innych. W tym była taka upiorna pułapka, że my, broniąc Balcerowicza, broniliśmy całej filozofii, jak się wnet okazało, dziewiętnastowiecznego kapitalizmu.”

 

Ten entuzjazm, ale i brak kontroli społecznej spowodował, że w proces prywatyzacji nie wbudowano mechanizmów zabezpieczających interes społeczny, skutkiem czego majątek narodowy wyprzedawano za ułamek wartości – w imię przyśpieszenia wprowadzania wyidealizowanego kapitalizmu.   Tak na przykład  akcje Banku Śląskiego, na pierwszej sesji po prywatyzacji osiągnął wartość 1340%, by po dwóch tygodniach spaść do 1270% ceny wyjściowej. Znaczy to – niestety – że sprzedano go za mniej, niż osiem procent wartości.

 

Obowiązywało wtedy porzekadło – ile wart jest dźwig, który nie pracuje? „Wartość złomu, minus koszt rozbiórki” – brzmiała odpowiedź.  Niestety, nikt nie zadał sobie pytania, o to, jak kluczowi gracze będą się zachowywali przy wprowadzeniu takiej reguły. Np., że będą mogli, za tę wartość złomu (minus koszt rozbiórki), kupić każdy, nawet pracujący dźwig.  Że proszę, że jak?  – Czytelnik może zapytać? Proste – wystarczy dźwig zatrzymać.. Nie znam takich konkretnych przykładów w procesie prywatyzacji (choć znam takie z obszaru gierek korporacyjnych), ale jest poniekąd prawem przyrody, że jeśli zostaje otwarta furtka do ogromnego wzbogacenia się przy zachowaniu pozorów prawa to zawsze się znajdą tacy, którzy z tego skorzystają.

A może nie trzeba było zatrzymywać fabryki, bo wystarczało zaniżać wyceny? No dobrze, przyjmijmy na chwilę, że prywatyzacji popełniono błędy za przyczyną „entuzjazmu neofity”..  Ale pomysł stałego kursu dolara, gwarantowanego przez cały rok, przy bardzo wysokiej inflacji i bardzo wysokich odsetkach  umożliwiający uzyskanie ogromnych zysków bez jakiegokolwiek ryzyka i  nie uzasadnionych absolutnie żadną realną korzyścią dla gospodarki jest bardzo trudny do zrozumienia.  Bo jeśli nawet były jakieś korzyści dla planowania biznesowego (jak to wówczas tłumaczono), to były one mizerne w porównaniu z kosztami, które musiało ponieść społeczeństwo, by pokryć straty wynikające z wyprowadzenia z Polski miliardów dolarów w tym procederze.  Czy był to spisek finansjery międzynarodowej (jak twierdzi wielu), czy chwila zaćmienia umysłowego, nie jest istotne dla naszej tezy.

 

Kluczowe jest to, że nie było rzetelnej, merytorycznej debaty nad proponowanymi rozwiązaniami.

W konsekwencji – w procesie wielkiej transformacji, nie mieliśmy do czynienia z solidarnym wysiłkiem społeczeństwa, ale (przede wszystkim) z gwałtownym bogaceniem się uprzywilejowanych grup, przy jednoczesnym, brutalnym pozbawianiem elementarnego poczucia bezpieczeństwa i środków do życia ogromnych rzesz społeczeństwa.

Wtedy to, zostało zasiane ziarno goryczy, które dało podłoże dla tak raptownych zmian w ostatnich wyborach.

Co więcej – brakło wtedy solidnej, kompetentnej i otwartej debaty obywatelskiej.

Bo nie chodzi tu o to, by rozpamiętywać błędy przeszłości, ale o to, by wyciągać z niej wnioski..

 

Im dalej w las tym więcej drzew

W sezonie przedwyborczym pokazało się w „Studio Opinii” kilka artykułów których wspólną tezą było, to, że Platforma z PSL-em dobrze rządziły, ale „nie potrafiły się sprzedać”. Co do drugiego – zgoda, ale czy można być zadowolonym z rządów PO/PSL? Fakt, nie były to rządy specjalnie gorsze niż inne. Nawet nie były specjalnie skorumpowane – jeśli je porównujemy z tym co się dzieje za naszą wschodnią granicą.   Jednak według standardów zachodnich – do których aspirujemy – rządy te nie były do zaakceptowania.   Wszechobecne kolesiostwo  i kumoterstwo, połączone z nagminnym ustawianiem rządowych przetargów.  Oczywiście – nie są to winy ani wyłączne, ani jakoś specjalnie wyróżniające koalicję.   (Ostatnie nominacje – jak ta, osobnika winnego sprostytuowania idei spółdzielczości, który wyprowadził do Luksemburga miliony złotych z bankrutujących SKOK-ów, do których społeczeństwo musiało dopłacić trzy miliardy złotych któremu powierzono … Komisję budżety i finansów publicznych, nominacje w KGHM czy Janowie Podlaskim  wyznaczają nowy, niespotykany dotąd standard hucpy politycznej.)

Jednak to, co w sposób istotny wyróżnia koalicję PO-PSL to skala zaniedbań wynikających z długotrwałości rządów i zadufania bezkarnej warstwy urzędniczo-partyjnej umocnionej w przekonaniu, że „nie mamy z kim przegrać”.

„Wyróżniało” koalicję również to, że brak było (generalnie rzecz biorąc, bo i były mocne plusy), strategii rozwoju społeczeństwa i gospodarki.

Takimi przykładami braku myślenia strategicznego było „rozbuchanie” programu budowy dróg ponad możliwości polskich przedsiębiorstw, co doprowadziło do gwałtownego wzrostu cen materiałów, rozciągnięcia frontu inwestycyjnego i masowego bankructwa firm budowlanych.  (Ogromne znaczenie miało tu też odstępstwo od standardów FIDEC, rozsądnie rozdzielających ryzyka projektów.)  Podobne zjawisko mamy też w sektorze szkoleniowym, gdzie po rozdęciu rynku do granic nieprzytomności projektami unijnymi, gdy szkolono tysiące młodzików prosto po studiach na trenerów biznesu i przedsiębiorczości, a teraz, na skutek opóźnień nowych transz projektów i totalnego zdewastowania rynku polityką bezpłatnych szkoleń rynek jest obecnie w całkowitym nieomal zastoju.

 

Śmiertelnymi grzechami PO-PSL było też:

 

  • zignorowanie zatrważającego sygnału o patologicznych procesach w prokuraturze i sądownictwie, którym była sprawa Kluski (stworzyło to – co najmniej – przestrzeń psychologiczną dla, np. ekscesów komorniczych, które ostatnio były szeroko komentowane w polskiej telewizji). Często w kontekście takich spraw mówiło się, „wszędzie na świecie takie przypadki się zdarzają”. Cóż – na pewno nie wszędzie, nie w takim nasyceniu.  Takich przypadków, nadużyć władzy sądowniczej które można zobaczyć w programie „Państwo w Państwie”, ani razu, daję słowo, nie widziałem przez trzynaście lat pobytu w Australii..

 

  • przyczynienie się do utrwalenia patologii nagminnego „ustawiania” konkursów i przetargów przy zachowaniu pozorów prawa i przyzwoitości. Rozwinęło to przekonanie w warstwach partiokracji, że znalezienie cwanego obejścia przepisów jest w pełni akceptowalnym zachowaniem – tak było z wyborem dwóch „nadwyżkowych” sędziów. Podobnie był z obejściem ustawy kominowej. W mojej opinii możemy ją mieć lub nie mieć: ale jeśli Sejm podejmuje decyzję w imieniu narodu o przyjęciu takiego czy innego rozwiązania, to znajdowanie obejść jest podważaniem sensu porządku prawnego.

Ustawianie przetargów i konkursów, a co najmniej lobbowanie w takim kontekście jest niestety przypadłością – w mniejszym lub większym stopniu – wszystkich chyba społeczeństw demokratycznych.  Problem jednak w tym, że kumulacja tych wszystkich zjawisk razem stworzyła sytuacje „przekroczenia masy krytycznej” irytacji społecznej,

 

Zwykły obywatel obserwował rozmaite przejawy trudnego do zaakceptowania rozwarstwienia społecznego, bo wynikającego z zawłaszczaniem wspólnej własności:

  • na uczelniach państwowych, gdzie płaca adiunkta, czy wykładowcy nie daje możliwości utrzymania rodziny (a w wielu dziedzinach nie ma możliwości dorobienia na grantach czy innych uczelniach) zadziwiało kupowanie samochodu dla rektora za 200 000 zł, czy
  • sytuacja w prestiżowym, a bankrutującym szpitalu która została skomentowana przez mojego krewnego, a pracownika tegoż „a jak ma być, jeśli na remont mieszkania dla dyrektora poszło milion złotych?”;
  • absurdalnie wysokie – w oczach zwykłego obywatela – płace dla politycznych nominatów w spółkach skarbu państwa (z naginaniem prawa, jak pisałem wcześniej);
  • widzimy też wielkie instytucje państwowe fundujące sobie absurdalnie kosztowne systemy informatyczne, czy pałace dla zbankrutowanego systemu opieki społecznej – ZUS.

Dlatego właśnie nie można się zgodzić z tezą p. Krzysztofa Łozińskiego „niech działają politycy”.   Oczywiście, rozumiem, że chodziło mu o to, by nie tworzyć partii (choć może warto się zastanowić nad tym), by nie wejść w spory programowe, które mogłyby zdezintegrować ruch – to jest silny argument. Ale politykom trzeba patrzeć na ręce.

 

Jednocześnie bowiem widzimy przerażającą nieudolność aparatu państwowego:

– mamy nieefektywną służbę zdrowia, gdzie źle zaprojektowany system rozliczeń wymusza generowanie zbędnych kosztów „by wyjść na swoje”.  Dla przykładu: przed wyjazdem do Australii rozważałem dokonanie pewnej drobnej operacji w Polsce. Powiedziano mi, że wymagać to będzie dwutygodniowego pobytu w szpitalu – nie miałem tyle czasu.  A w Melbourne? Ten sam zabieg zrealizowano podczas jednej półgodzinnej wizyty (wliczając w to kwadrans czekania), po czym nastąpiła jedynie wizyta kontrolna, a koszt wyniósł jedynie 100 dolarów.  Z tego co słyszę, nie tak wiele w służbie zdrowia się zmieniło.

– mamy też dysfunkcjonalny aparat wymiaru (nie)sprawiedliwości, który np. przeciągał niemiłosiernie, choć standardowo śledztwo „Ambergold”, podczas gdy – dla porównania – sprawa Madoffa winnego sprzeniewierzenia 89 miliardów dolarów trwała niewiele ponad rok.

– mamy autorytarne szkolnictwo, w którym (dla przykładu) projekt promocji mediacji w szkołach: „spotkał się z ostracyzmem części nauczycieli./../ {bo} młodzież uczyła się dialogu, konstruktywnej komunikacji”. Jak pisał Zbigniew Czwartosz, lider projektu: „uczniowie zaczęli pytać… Program /../ dostarczył młodzieży kryteriów oceny nauczyciela. To właśnie okazało się problemem. /../ ze szkół dowiadywaliśmy się, że zajęcia tego rodzaju są szkodliwe, gdyż obniżają autorytet nauczycieli i burzą harmonię życia szkolnego. Niestety, polski system szkolny – choć na pewno nie wszystkie szkoły – nie uczy współpracy, nie promuje rozwiązywania konfliktów przez dialog czy współpracę.”

– mamy postawione na głowie uczelnie gdzie kiepsko kształcimy tysiące politologów, socjologów  itp humanistów, przy koszmarnym zaniedbaniu szkolnictwa zawodowego.  W skutek tego, możemy spotkać doktora nauk humanistycznych na kasie w Tesco, a na budowę w Kozienicach sprowadzamy spawaczy z Indii, którym płacimy 100 zł. Za godzinę.  Można powiedzieć, że nasze szkolnictwo jest równie roztropnie zaprojektowane, jak fabryka samochodów, która produkuje 100 tysięcy kierownic, a tylko 20 tysięcy kół do swoich pojazdów..

 

W tym kontekście nie sposób się oburzać na notowane w słynnych „taśmach”, że „państwo Polskie istniej tylko teoretycznie”.  Jak dla mnie, to jedynie trzeźwa konstatacja stanu rzeczy. Podobnie -pewien znajomy poseł koalicji rzucił ze wzruszeniem ramion „i co ja mogę”.

Niestety, to właśnie zadufany dobrostan klas rządzących, dla których nieosiągalny dla ogromnej większości Polaków poziom sześciu tysięcy złotych jest tylko „dla idiotów i złodziei” sprzyja utrzymaniu status quo.   (Dla informacji dodam że mediana zarobków – miara znacznie mniej myląca niż średnia – w Polsce to 3,1 tysiąca zł brutto, a 1800 zł netto, zaś dominanta to 2,tysiąca- brutto!.  (Mediana, to taka liczba, że 50% zarabia więcej, 50% mniej, a dominanta mówi „tyle zarabia najwięcej osób”).

Oczywiście, to nie jest jakiś tam „spisek elit przeciw ubogim” . To zwyczajny proces zagarniania dóbr, w sytuacji gdy silniejsi narzucają reguły, kształtują percepcję i decyzje władzy.

 

Profesor Kieżun, dawno temu, jeszcze w czasach „komuny” opisał proces „autonomizacji celów” organizacyjnych.  Sprowadza się on do tego, że po pewnym czasie – a bez kontroli społecznej – każda organizacja zaczyna służyć sama sobie.  A dokładniej  – wpływowym grupom danej organizacji.

Niekwestionowalny talent negocjacyjny Donalda Tuska, który potrafił pozyskać sobie wielu, bardzo wielu sojuszników, bez zrównoważenia go zdeterminowaną wizją doskonalenia machiny państwowej działającej na rzecz całego  społeczeństwa doprowadził do tego, że polityka państwowa, zamiast zintegrowania wysiłków rozmaitych grup na rzecz dobra wspólnego była dość przypadkowym rezultatem  gry sił politycznych.

W skutek tego, dość szybko po podjęciu nieśmiałej próby ograniczenia rozszalałego rozrostu biurokracji (z której „na dzień dobry” wyjęto nader obfitą kancelarię prezydenta) szybko jej zaniechano.  Podobny los spotkał przymiarkę do zniesienia habilitacji, które dawało szansę, że doktorzy zajmą się robieniem nauki, a nie robieniem stopni. Nie starczyło też odwagi, by okiełznać zachłanność kościelnych hierarchów w procesie „rekompensat”, ani nawet na to, by temu procesowi nadać rozsądne ramy prawne.

Brak przemyślanej strategii, gdzie bardziej słuchano speców od PR-u niż specjalistów drogownictwa, doprowadził do blamażu przy budowie autostrad na „Euro”. A przecież wystarczyło posłuchać fachowców, którzy twierdzili, że „projekt się nie spina”… Podobny błąd  – przy najszczerszych chęciach – popełnił Bartosz Arłukowicz w swoim zamiarze rozwiązania problemów onkologicznych przez „przesunięcie sił i środków”, przez zadeklarowanie priorytetów..

Tymczasem, w sytuacji napiętego budżetu – a tak jest w każdej chyba sferze, a już na pewno w Służbie Zdrowia – nie będzie rozwiązaniem przesuwanie środków (a przynajmniej rzadko). Bo wtedy problemy pojawiają się gdzie indziej.  Jedynym skutecznym rozwiązaniem jest poszukiwanie (wszędzie!!!) sposobów na podnoszenie efektywności całego systemu i każdego z jego elementów.

 

Gwóźdź do grobowej deski – zniszczenie mechanizmu korekcyjnego

W zdrowym systemie demokratycznym mamy – lepszy czy gorszy – mechanizm korekcyjny: decyzje rządzących są dyskutowane, analizowane przez grupy eksperckie zarówno partyjne jak i społeczne, błędy są wyłapywane, i krytykowane przez opozycję.  Opozycja PiS-owska, skoncentrowana na atakach personalnych i  na bardziej lub mnie wyimaginowanych spiskach nie podejmowała się konstruktywnej krytyki,  nie sposób się było dopatrzeć – w szczególności – żadnych propozycji zwiększenia kontroli społecznej czy krytyki mechanizmów korupcyjnych.

Jeszcze gorzej, że nastąpiło zjawisko samoograniczenia krytycznej roli prasy – tej mainstreamowej.

Miało to przede wszystkim wymiar psycho-socjologiczny: jak pisze Jacek Rakowiecki w niedawnym  (5 lutego 2016) numerze „Polityki” w artykule „Nie byliśmy kłamcami, byliśmy idiotami” – „W którymś momencie, widać to jeszcze dziś, szczególnie w sporach toczonych na Facebooku, krytyka PO była w naszym środowisku niedopuszczalna. Jeśli ktoś to robił, był wrogiem – i nieważne, czy była to krytyka merytoryczna, czy nie. Bo jeśli krytykujesz naszą partię, to znaczy, że się stawiasz po drugiej stronie.”

Nieco inny mechanizm – jak się wydaje – pojawił się w ostatnich latach, gdy zalew środków unijnych, niekoniecznie roztropnie wydawanych zaowocował rzeką pieniędzy dla urzędników, ekspertów i mediów.

Był też (obawiam się) w tej blokadzie – a może dokładniej – w stonowaniu krytyki działań koalicji PO-PSL brutalny czynnik komercyjny.  Istotny zwłaszcza w ostatnich latach, gdy malejącemu rynkowi ogłoszeń towarzyszył spadek płac dziennikarskich i redukcje etatów.  W tej sytuacji całostronicowe ogłoszenie PARP-u często ratowały budżet prasy, a i dla stacji telewizyjnych i radiowych.  Trudno się więc dziwić, że krytyki marnotrawstwa środków unijnych, takiej sięgającej  przyczyn, a nie tylko objawów nie sposób się doszukać.  Zadziwił mnie – w szczególności – przypadek mojego ulubionego tygodnika, gdzie po pryncypialnej krytyce praktyce polityki medialnej PARP, gdy redaktor naczelny skrytykował wymuszanie ukrywania tekstów promocyjnych „w szacie i grzbiecie” by wyglądały nie jak reklama, ale jak materiał redakcyjny… No, może oburzenie nie aż tak bardzo wielkie, bo w krótki czas potem pokazały się spore reklamy rzeczonej agencji. A nie sposób dopatrzeć się było głębszej analizy efektywności wydatkowania środków unijnych.  Ani tam, ani gdziekolwiek indziej.

Dotyczy to, w szczególności, rzeczy która mnie najbardziej interesuje – wspierania rozwoju przedsiębiorczości i innowacyjności.  Ogromne pieniądze wydawane na ten cel nie przynoszą oczekiwanych, proporcjonalnych efektów. Co gorzej – Polska systematycznie spada w rankingach innowacyjności:

  • 2013: według „EU Innovation Scoreboard 2013” Polska spadła z pozycji piątej, na czwartą.. od końca. W ten sposób przesunęła się jednocześnie z kategorii „umiarkowanych innowatorów” do kategorii „skromnych innowatorów”.  Nie dajmy się zwieść uprzejmości brukselskich urzędników – to najniższa z czterech kategorii…
  • 2015: jak pisze Newsweek, w Ranking Global Innovation Index 2015, który określa poziom innowacyjności poszczególnych państw świata „Polska uplasowała się na 46. pozycji, co oznacza spadek o jedno miejsce w porównaniu z zeszłym rokiem. Wyprzedza nas 26 państw Unii Europejskiej, a słabiej wypada tylko Rumunia”.

Jak to możliwe? Tyle przecież się dzieje, tyle pokazują w telewizji, tyle możemy przeczytać! Tak – mamy jednostkowe przykłady innowacyjnych projektów i produktów (całkiem nawet sporo tych jednostkowych) ale wciąż są to raczej fajne reklamowe przykłady, którymi władza się może pochwalić, a nie ogólny stan rzeczy… Trochę tak, jak za Gierka, gdy rosła nam piękna Ściana Wschodnia i Osiedle „Za Żelazną Bramą”. Fakt, były piękne – ale całość jednak mizerna..

Co powoduje to  zjawisko?  Źle zaprojektowany, korupcjogenny i nieefektywny mechanizm, którego rdzeniem jest rozdawnictwo pieniędzy przez biurokratów – pod płaszczykiem rozmaitego rodzaju konkursów.  (Dla jasności – na pewno były, i są, dobrze, uczciwie przeprowadzone konkursy. Niektóre.)

Rozdawnictwo ogromnych pieniędzy pod hasłem „innowacji” jednej stronie daje pokusę i sposobność czerpania z tego profitów, a drugiej ogromną zachętę dla zabiegania o dotacje, a nie o rzeczywiste innowacje.   Jeśli bowiem droga do pieniędzy prowadzi w tradycyjny sposób przez wiele wysiłków, prób, ryzyka i zmagania się o pozyskanie klientów, a druga przez dobrze aplikację napisaną ( i przez odpowiednią firmę) to wybór staje się brutalnie prosty.

Jak mi powiedziano prywatnie  w jednym z niewielu dobrze działających parków technologicznych „przedsiębiorcy wolą się zajmować pozyskiwaniem grantów, a nie robieniem prawdziwych innowacji”.

A na spotkaniu dotyczącym „strategii rozwoju regionalnego w nowej perspektywie finansowej” usłyszałem ze sceny kluczowy tekst „chyba dobrze, żebyśmy { w domyśle: „my urzędnicy”} mieli możliwość nagradzania innowacyjnych przedsiębiorców”.  Wiec to nie rynek – tak mało przewidywalny, to nie klient głosujący  swoim portfelem, ale urzędnicy mają decydować kto będzie bogaty..  I raczej nie był to głos odosobniony – prezes jednego z lepszych think-tanków gospodarczych relacjonował taki sam głos z ministerialnego szczebla.  I pewnie tak było by lepiej – bo ten głupi rynek wynagradza sukcesem zaledwie jeden na dziesięć innowacyjnych projektów.  A tak, urzędnicy w swej niezmierzonej mądrości rolę tę przejmują…

Niestety – nikt spośród kluczowych graczy nie jest zainteresowany zmianą reguł gry:

  • urzędnicy mają władzę i korzyści
  • wpływowi przedsiębiorcy wolą wykorzystać swoje atuty dla pozyskania dotacji i kontraktów
  • media korzystają z ogromnego budżetu reklamowego unijnych projektów.

A ciemny lud „to kupuje”.

Pozwól, drogi Czytelniku, że pozwolę tu sobie na dłuższą dygresję, bo to, jak skutecznie działa mechanizm wypierania niemiłych wiadomości miałem okazję doświadczyć na własnej skórze.

Jeszcze w Australii uwagę moją zwrócił fenomen przedsiębiorczości i mechanizmy jej stymulowania.

Przyczyniły się do tego dwa fakty – po pierwsze to, że znaczna część wykształconych emigrantów nie-anglosaskiego pochodzenia nie ma możliwości wykorzystania swoich kwalifikacji i potencjału.  Po drugie historyjka, którą słyszałem pracując jako menadżer projektu zatrudnienia Federacji Polskich Organizacji w Wiktorii.  Opowiedziano mi tam, jak to dawno temu, dwóch kolegów z Polski (w tym jeden Żyd) przyjechało do Melbourne i podjęło pracę jako kierowcy taksówek.  Z tym, że społeczność żydowska pomogła swemu ziomkowi pożyczką i ten jeździł już własną taksówką.  Przeskakujemy dwadzieścia lat do przodu i.. jeden ma swoją firmę taksówkową (i aktywnie wspiera swoją społeczność), a drugi nadal jeździ „dla kogoś”.

W tej historyjce, jak w soczewce, zobaczyłem jak wzajemnie wspierająca się społeczność (nie tylko w biedzie, ale i w dążeniu do sukcesu) może budować dobrobyt swoich członków.  Zgromadziwszy sporo doświadczeń, wiedzy i pomysłów wróciłem do Polski mając nadzieję, włączyć się w tworzenie dobrych, efektywnych programów wspierania przedsiębiorczości.   I co zobaczyłem na miejscu?  Oprócz jednostkowych, bardzo ciekawych przypadków (jak Hobbiton w Sierakowie Pomorskim), generalnie – ogromne marnotrawstwo środków.

Gdy podzieliłem się – na jednej z konferencji naukowych, związanej z przedsiębiorczością, okazało się, (po intensywnej dyskusji z osobami zajmującymi się rozdawnictwem dotacji), że mój artykuł nie odpowiada pod żadnym względem realizowanym tam „standardom akademickim”. (Czy muszę dodawać, że na pewno nie odbiegał on „in minus” od średniej?) Później podobna przygoda spotkała mnie, gdy w dotowanym przez PARP projekcie dotyczącym przedsiębiorczości uczelniany wydawca poprosił mnie o usunięcie pewnych krytycznych fragmentów..

Potem podsumowałem swoje spostrzeżenia dotyczące szkodliwości grantów w większym artykule („Granty budują biurokrację” http://studioopinii.pl/pawel-j-dabrowski-granty-dla-przedsiebiorstw-buduja-biurokracje-a-nie-przedsiebiorczosc/#comments , , który długo był ignorowany przez szanowane przeze mnie redakcje „papierowe”. Dopiero w Studio Opinii (jeszcze w starym portalu) nalazło się miejsce i zasłużyło na komentarz p. Ernesta Skalskiego „ale granda!”.  Jakiś czas potem dotarłem do Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową i zaproszono mnie z prezentacją na Kongres Obywatelski.  Jedyny komentarz, jaki wygłosił współ-obecny w panelu dyskusyjnym biurokrata brzmiał (mniej –więcej): „co macie pretensje do urzędników – przecież każdy z was chyba ma kogoś z rodziny na urzędzie”…

Ciągle głupio wierząc, że „car jest dobry, tylko bojarzy źli” starałem się przebić z komunikatem, że „naprawdę można lepiej” podejmując się koordynacji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości w Polsce dla PKPP Lewiatan w 2011.  W ramach obchodów zorganizowałem m.in. panel dyskusyjny na SGH gdzie wstawiłem jako jeden z tematów „Finansowanie Przedsiębiorczości”.  Zaproszona na ten panel pani wice-prezes PARP nie dotarła, bo.. zepsuł jej się samochód.  Na innym „evencie” (jak się to teraz ładniej mówi), przy okazji debaty  oxfordzkiej którą zorganizowaliśmy na Giełdzie miałem okazję poznać prezydenckiego ministra.  W rozmowie, po przekazaniu mu w/w artykułu usłyszałem jedynie „przecież to  nie są całkiem zmarnowane pieniądze, przecież ktoś się pożywi”. I fajnie, i tyle.

Mój nowszy, krytyczny artykuł dotyczący koszmarnego marnotrawienia pieniędzy na „Inkubatory Przedsiębiorczości” (http://studioopinii.pl/pawel-j-dabrowski-nie-trwonmy-naszej-przyszlosci/ ) poza przekazaniem do SO wysłałem też do coś czterdziestu posłów i radnych Lublina. I co? Otrzymałem jedynie dwie odpowiedzi (poniekąd „sprawiedliwie” bo po jednej z PO i PiS) w tonacji „wie Pan, życie jest ciężkie”.  Zauważmy – dawniejsza opozycja, dziś władza – nigdy nie krytykowała, nigdy nie obnażała mechanizmów korupcyjnych. Jedyne, czego chciała, to wprowadzenia swoich ludzi..

 

Niestety, partio-biurokracje w ustrojach demokratycznych maja mnóstwo sposobów by zbywać tych, którzy w swej naiwności usiłują coś zrobić dla wspólnego dobra.  Oczywiście moje przygody to pestka w porównaniu z tym co przeszli ludzie walczący o wolność „za komuny”, czy choćby w porównaniu z przeżyciami Andrzeja Ż., który długo walczył z patologiami w urzędzie skarbowy, a wreszcie z desperacji podpalił się pod urzędem Premiera i umarł z powodu obrażeń.  Oczywiście, nie jest to problem unikalnie polski.  To, że w Hiszpanii i Grecji wydano miliardy na bezużyteczne inwestycje, nie wynika z tego, że tam na południu ludzie są bardziej głupi.  Raczej rzecz w tym, że „ktoś na tym się pożywił”, a opinia publiczna była ślepa i niema.

Dlatego też Polsce, jej obywatelom a także Unii Europejskiej, potrzebny jest system oceny sensowności wydawania naszych wspólnych – społecznych, państwowych i samorządowych pieniędzy.   Istnieje potrzeba szerokiej i wnikliwej debaty nad wszystkimi aspektami funkcjonowania samorządów lokalnych, projektów regionalnych i rozmaitych agend rządowych.

To samo dotyczy skandalicznie marnotrawnych agend nad-rządu europejskiego. Bo choć Unia Europejska jest wspaniałym projektem politycznym, to szacunku dla publicznego grosza nie łatwo się tam dopatrzeć. Wystarczy spojrzeć na niechęć do wyciągnięcia wniosków z totalnej klapy tak okrzyczanej „Strategii Lizbońskiej”, czy absurdalny co-dwu-tygodniowy rytuał przeprowadzek urzędników pomiędzy  Brukselą i Strassburgiem.

 

Czego chcemy, czego potrzebujemy jako społeczeństwo? Co możemy zrobić?

  1. Evidence based policy. Potrzebujemy strategii działania, które będą opierać się na rzetelnych dowodach, że „to coś” rzeczywiście działa.

Wyrzucilibyśmy, np. z polityki wspierania przedsiębiorczości kosztowne, a nieefektywne Inkubatory.  Ale – przy rzetelnej analizie – czekałyby też nas niespodzianki: darmowe studia wcale nie wyrównują różnic klasowych, a wręcz przeciwnie. Są one bowiem (netto) transferem pieniędzy od uboższych (którzy w Polsce płacą za prywatne studia), do klasy średniej i wyższej, której dzieci, dzięki lepszemu przygotowaniu i korepetycjom dostają się na bezpłatne państwowe uczelnie.

Przyjęcie evidence based policy wymagało by, w szczególności wykorzystania takich technik jak systematyczny Benchmarking – dokonywanie rozległych badań porównawczych, dotyczących najlepszych praktyk zarządzania w danym obszarze życia społecznego (z całego świata, a przynajmniej z przodujących krajów).

 

  1. Cost-benefit analisis. Analiza kosztów i korzyści potrzebna będzie wszędzie – przy finansowaniu dowolnych projektów (jak np. „Komisja do Walki Z Alkoholizmem”, której jedynym pożytkiem jest kilkanaście tłustych synekur czy budowa szesnastotysięcznego stadionu, w mieście, gdzie co najwyżej sześć tysięcy osób chodziło na mecze).

 

  1. Merytoryczna polityka kadrowa – oparta, wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia ze społecznym pieniędzmi o uczciwe konkursy i kompetencje. Oparte przede wszystkim o osiągnięcia, a nie o sam fakt piastowania jakichś tam funkcji.

 

  1. Potrzebny jest jasny, klarowny system planowania i monitorowania projektów oparty o koncepcje budżetu zadaniowego, a w szczególnym zwróceniem uwagi na wskaźniki efektywności.
    Na przykład, dla programów rozwoju przedsiębiorczości i innowacyjności będą to pytania o:

a)produkty – jakie realnie będą „produkty” danego działania – ile spotkań, szkoleń (dla ilu osób będzie/było zrealizowane, ile patentów, ile wdrożeń ma powstać?

  1. b) wskaźniki kosztowe – ile kosztował jeden dzień szkolenia na jedną osobę (Uwaga – czasem musi więcej)? Ile kosztowało doprowadzenie do zainwestowania „anioła biznesu” w nową firmę?
  2. c) rezultaty – ile stworzono miejsc pracy, jaka jest wartość (dochodowość) tych miejsc pracy?
  3. d) wskaźniki efektywności – ile kosztowało (będzie) stworzenie jednego miejsca pracy? Ile kosztuje wykreowanie miesięcznego dochodu w wysokości 5 000 zł?

 

Każde działalnie, praca każdej komórki powinna być tak opisana w budżecie, jak i w raporcie rocznym. Każde, nawet łącznie z Urzędem Stanu Cywilnego – mogliśmy wtedy wyłapać, że w jednym urzędzie udzielenie ślubu kosztuje 500 zł, a w innym 5 000…

I chociaż Ustawa o Finansach publicznych z 2012 roku (Dz.U.2013.885  [2014.04.08  zm. Dz.U.2014.379]), obowiązuje do przedstawiania wydatków lub kosztów jednostki sektora finansów publicznych sporządzonego według: zadań, grupujących wydatki według celów działalności państwa, podzadań budżetowych, bazowych i docelowych mierników stopnia realizacji celów, to porządnych analiz ciężko się doszukać.  A już na pewno nie są one ani przedmiotem, ani kanwą publicznych dyskusji w mediach, które koncentrują się na pyskówkach „kto komu i jak powiedział”.

 

Przy całych ogromnych pieniądzach wydawanych na szkolenia dotyczących ewaluacji programów unijnych nie widziałem ani jednej analizy, w której by rzeczywiście ktoś się pokusił o to by porządnie policzyć efektywność jakiegokolwiek programu tworzenia miejsc pracy, choćby zdefiniować podstawowe wskaźniki efektywności i je zmierzyć.  Kluczowy problem takich badań, to uwzględnienie efektu tła (że tak sobie pozwolę nazwać „the balast effect”). Polega on na tym, że należy np. przy programie szkoleniowym dla bezrobotnych uwzględnić fakt, że część osób i tak dostała by pracę – nie mogą więc wszystkie przypadki zatrudnienia być traktowane jako rezultat (i sukces projektu).

Inny przykład – w dzisiejszej (25 II 2015) Gazecie Wyborczej wysoki urzędnik chwali się miliardami wydanymi na rozwój Polski wschodniej, że zbudowano laboratoria… A ja znam takie (na dobrej politechnice), które jest wykorzystane w 30%,  w zeszłym miesiącu profesor w telewizji opowiadał jak oprowadzano go w tym regionie po laboratoriach – za każdym razem otwierając puste, i zamykając za sobą..

 

  1. Potrzebne jest wreszcie ustanowienie obyczaju debat nad wszelkim przyjmowanymi ustawami, czy planami poważniejszych projektów. Przydatne tu będzie wykorzystanie dawno już wypracowanych narzędzi heurystycznych pomagających przełamanie ignorancją podszytego zadufania rządzących i ich wiary we własną nieomylność, pokonania „syndromu grupowego myślenia”. Narzędziami tymi są „adwokat diabła” i „narada morderców”. O ile instytucja advocatus diaboli jest dość dobrze znana, to „narada morderców” zapewne wymaga objaśnienia. Sprowadza się ona do tego, że grupa ekspertów poszukuje sposobów na to, by dane działanie zniweczyć lub zneutralizować – wychodząc z punktu widzenia kluczowych grup interesów (oczywiście dla znalezienia słabych stron). Te dwie techniki, odpowiednio zastosowana mogłyby uchronić nas od idiotycznych, nie działających ustaw i projektów, i od złudnego poczucia, że coś zostało załatwione – choć nie zostało.

 

  1. Należy doprowadzić to tworzenia „gabinetów cieni” – jest szansa, że doprowadzi to (wreszcie) do bardziej kompetentnej polityki we wszystkich dziedzinach. Absurdem jest to co wyczyniają wszystkie polskie partie polityczne, że ministrem zostaje ktoś wyciągnięty z trzeciego szeregu, bo akurat jest kolegą prezesa, czy koleżanką Pani premier. Szanująca się firma nie zatrudni nawet sekretarki, która nie ma rocznego stażu na podobnym stanowisku. Szacuje, się że aby osiągnąć profesjonalny poziom w jakiejkolwiek dziedzinie, potrzeba zainwestować w naukę co najmniej dziesięć tysięcy godzin.  Pora, by polskie partie polityczne zaczęły przygotowywać profesjonalne kadry.

 

  1. Potrzebujemy, wreszcie, przesunąć środek ciężkości debaty publiczne z „na co wydajemy pieniądze”, na „jak je wydajemy”. Przyznam, że szlag mnie trafiał jak widziałem dumne plakaty „wydaliśmy tyle, to a tyle na rozwój przedsiębiorczości”, gdy wiedziałem, że te pieniądze wydane zostały głupio, a czasem wręcz szkodliwie. Powiedzmy to głośno – to żadna sztuka, i żadna zasługa wydać, czy przekierować wydanie milionów – czy miliardów na to czy tamto. To, co już wymaga pewnego wysiłku intelektualnego (a czasem odwagi politycznej), to podnoszenie efektywności wydatkowania publicznego grosza..

 

Co można, co trzeba zrobić?

Nie łudźmy się, bez presji społecznej, bez szeroko pojętej edukacji wyborców, bez upowszechniania rozumienia całokształtu spraw zarządzania gospodarką i machiną państwową będziemy na wieki skazani na durnokrację, na wybierania „mniejszego zła”, na wybór między tymi co „tylko” trwonią majątek społeczny, „ustawiają” siebie i kolesiów a tymi, co chcą „wziąć wszystko za mordę” rządzić przy pomocy populizmu i haseł narodowo-socjalistycznych.  Niektórzy, nawet bardzo inteligentni ludzie nie widzą w tym wielkiej różnicy: mój dobry kolega, doktor filozofii i człowiek odnoszący sukcesy w biznesie mówi wręcz o „różnicy pomiędzy ludożercami a kanibalami”.  Gorzej, że znaczna część niższych klas społecznych, czując się wyalienowana i widząc bałagan w całej machinie państwowej z nadzieją wygląda kogoś, kto „weźmie i zrobi porządek”.  I da 5 stów na dziecko.

Niestety, bałagan nieudolnej demokracji, a dokładniej – durnokracji – właśnie taką tęsknotę za „rządami silnej ręki” powoduje.   Alternatywą, która daje szansę mobilizacji większości społeczeństwa, nie jest jednak przekonywanie ludzi, że powinni się „godzić na mniejsze zło”, ale tworzenie realnych mechanizmów kontroli społecznej.

Bez takiej kontroli i presji społecznej rządzący i partyjno-kolesiowska biurokracja może sobie pozwolić na ignorowanie  dowolnych sygnałów, i na bezczelne mydlenie oczu „durnemu ludowi”.

 

Staropolskie przysłowie powiada – „pańskie oko konia tuczy”.

Potrzebujemy sprawić, by owo oko  – tym razem obywatelskie – było bystre, a głos słyszalny.

A konkretnie – potrzebne są działania w dwóch płaszczyznach:

 

1.. Internetowej – przez stworzenie platformy działającej  podobnie jak „Wikipedia”, a zorganizowanej w dwóch liniach – branżowej i terytorialnej. Tworzyły by się więc (na przykład) grupy zajmujące się budownictwem czy przemysłem meblarskim, obok takich, które zajmują się Poznaniem, Mazowszem, Łomżą czy Rzeszowem.

 

We wszystkich grupach dyskutowalibyśmy o

  • konkretnych barierach blokujących rozwój branży, regionu czy problemach miasta
  • najlepszych rozwiązaniach z całego świata, pokazujących, jak można projektować system ekonomiczno-społeczny w danym obszarze
  • decyzjach rządzących czy projektowanych ustawach

Wszystko to znajdowało by swoje miejsce w mediach społecznościowych,  zwiększając wpływ działań.

 

 

  1. Realnej, gdzie przez współpracy z uczelniami, organizowalibyśmy spotkania pod hasłem „O lepszą/lepsze <….> ”  – tu była by nazwa wydziału – Weterynarii, Architektury czy Budownictwa, gdzie przedstawiciele przedsiębiorców i managerów przedstawiali by najlepsze rozwiązania z całego świata.

 

Kluczową sprawą podejścia w tych dyskusjach było by skoncentrowanie się na podnoszeniu efektywności działania całej branży, a nie na domaganiu się większych środków .

 

Na spotkania, bardziej w postaci słuchaczy niż gwiazd, zapraszalibyśmy również posłów i przedstawicieli ministerstw, by zadać im pytanie „i co zamierzacie z tym zrobić”.
Wykorzystywalibyśmy też media (bezpłatnie – PR) by opowiadać o zidentyfikowanych problemach i proponowanych rozwiązań. Moglibyśmy też okazjonalnie inicjować akcje pisania wniosków do parlamentu i władz.

 

Takie debaty – tak wirtualne, jak i realizowane w realu – przyczynić się powinny zarówno do pogłębiania naszego rozumienia całej rzeczywistości, jak i upowszechniania tej wiedzy „w masach”.

Aby o przyszłości nie decydował już „durny lud”, ale świadomy wyborca.

Do Pana Prezydenta Andrzeja Dudy – list otwarty

Dodany Styczeń 21st, 2016.
Kategoria: Negocjacje

Szanowny Panie Prezydencie,

Jak wiele innych osób niepokoję się rosnącymi podziałami w polskim społeczeństwie, a chyba nigdy nie były one (od upadku komunizmu) tak wyraźne jak dzisiaj.

Istotnym czynnikiem napędzającym antagonizację polskiego społeczeństwa była tragedia smoleńska, gdy po krótkiej chwili zjednoczenia w bólu straty pojawiły się podejrzenia, a potem oskarżenia o zamach, o zdradę…

Jestem przekonany, że patrząc na dzisiejsze, jakże niepokojące spory i napięcia w naszym społeczeństwie, potrzebujemy zrozumieć ich dynamikę właśnie w kontekście smoleńskiej tragedii, zwłaszcza w aspekcie teorii zamachu.  Zarzut zdradzieckiego spisku, w którym kluczową rolę miały by odgrywać ówczesne polskie władze jest powodem, dla którego jedna część polskiego społeczeństwa uważa drugą za morderców – lub ich popleczników, a w najlepszym razie za idiotów, którzy tym mordercom dali się zmanipulować.. A ta druga część uważa pierwszą za szaleńców i oszołomów..

Podobnie, jeśli zrozumiemy perspektywę ludzi, przekonanych o prawdziwości tezy o zamachu i zdradzie, to wiele działań, związanych z umacnianiem władzy, które znaczna część społeczeństwa uważa za niekonstytucyjne, można by uznać za „obronę konieczną” wobec tak dobrze zamaskowanego i potężnego spisku.  Przecież za spiskiem, który doprowadził do tragicznej śmierci blisko setki osób – ze wszystkich środowisk, nie zawsze prezydentowi Kaczyńskiemu przychylnych – musiałaby stać organizacja nie tylko o wielkich wpływach ale i o potwornej bezwzględności.  Bo choć mordy polityczne zdarzają się na tym niedoskonałym świecie, to tylko najbardziej zagorzali fanatycy (rozmaitego autoramentu) byli gotowi zabijać „na wszelki wypadek” całe rzesze niewinnych ludzi…

Jeśli wczujemy się w taki punkt widzenia, możemy zrozumieć pogląd, że i cała praca komisji państwowej nie zasługiwała na zaufanie.

Z drugiej jednak strony, musimy też zrozumieć myślenie byłej strony rządowej, która miała prawo uważać, że przekazano badanie przyczyn katastrofy kompetentnym organom, które przedstawiły jednoznaczne wyniki.

 

Czy jest wyjście z tego pata?

Z dorobku nauk związanych z rozwiązywaniem konfliktów, wiemy, że ludzie głęboko przekonani do swoich racji, zwłaszcza w sytuacji rozbuchanych emocji (a tak jest teraz) mają mocno skrzywioną percepcję rzeczywistości i tendencję do ignorowania racjonalnych argumentów..  I zdarza się to wszystkim ludziom, niezależnie od ich wykształcenia i poglądów.. I wiemy, że to zastrzeżenia, zawsze należy stosować do obu stron konfliktu.

Co gorsza, wiemy również, że ludzie głęboko przekonani o słuszności swojej Sprawy gotowi są fabrykować dowody przestępstwa (bo „wiemy kto jest zbrodniarzem, a nie chcemy by umknął sprawiedliwości”), albo też gotowi są je ukrywać „w imię wyższego dobra”.

Dlatego też, o ile możemy zrozumieć niechęć jednych do raportu Millera, to można spodziewać się takiej samej podejrzliwości wobec ewentualnych wyników śledztwa podejmowanego przez zespół p. ministra Macierewicza.

Niestety, równoległe istnienie dwóch sprzecznych „oficjalnych wersji”, przy braku porozumienia, a nawet dialogu pomiędzy stronami, w tak drażliwej kwestii grozi bardzo poważnymi konsekwencjami.

Ale – tym razem na szczęście –  te same nauki dają nam do ręki narzędzia osiągania porozumienia w trudnych sytuacjach przez sięganie do obiektywnych kryteriów, niezależnych analiz i odpowiedniego rodzaju arbitrów.

Doświadczenie pracy z konfliktami pokazuje, że stworzywszy sensowną procedurę, możemy znaleźć „wspólne terytorium”, a przez to osiągnąć porozumienie.

 

Proponuję przyjęcie takiej procedury, gdzie przez zaangażowanie zewnętrznych dla sporu autorytetów, stworzymy szansę  dokonania przełomu dla ludzi dobrej woli „po obu stronach barykady” (a jestem przekonany, że takich jest ogromna większość).

Proponuję podjęcie starań dla utworzenia Międzynarodowej Komisji Opiniodawczej.

Celem tej komisji była by analiza dowodów zaistnienia – lub nie – zamachu.  To właśnie, czy zamach był, czy nie, jest – jak się wydaje – do udowodnienia w drodze rzetelnej analizy w kategoriach nauk ścisłych.  Przebieg samego śledztwa bowiem, nawet wadliwy, jakkolwiek zawsze może być dyskusyjny, nie stanowi sam w sobie zbrodni, ani nawet przestępstwa…

Kto miał by wejść w skład takiej komisji? Bynajmniej, nie  instytucje unijne. W politycznej sytuacji jaką mamy, żadne instytucje unijne nie będą autorytetem dla wszystkich, zawsze ich ktoś może podejrzewać o jakieś „załatwianie swoich interesów”.

Proponuję, by odwołać się do autorytetu naukowców, którzy – z natury swojej roli – nie mają raczej interesów politycznych, a mają wielki interes w tym, by utrzymać swój prestiż naukowy. Potrzebujemy dla tego zadania naukowców, którzy nie mają również sympatii politycznych – dlatego miała by to być właśnie komisja międzynarodowa.

 

Procedura była by trzystopniowa:

  1. Zaprośmy przedstawicieli dziewięciu najlepszych uczelni w kraju. Poprośmy by senaty wyznaczyły naukowców o wysokim autorytecie, a niezaangażowanych w spory polityczne.

Ten zespół selekcyjny polskich naukowców ograniczyłby się do ustalenia kryteriów zaproszenia dla  wyłonienia dziewięciu najlepszych światowych uczelni technicznych (może z wyjątkiem Niemiec i Rosji).

 

  1. Poprosilibyśmy kierownictwa – czy odpowiedniki senatów – owych zagranicznych uczelni o wyznaczenie reprezentantów do przewidywanej Międzynarodowej Komisji Opiniodawczej.

 

  1. Międzynarodowa Komisja Opiniodawcza oceniła by przygotowane przez obie komisje raporty.

 

Szanowny Panie Prezydencie!

Niezałatwiona –  ku ogólnej satysfakcji – Sprawa Smoleńska jest przyczyną wielu zadrażnień, sporów i kłótni o ogromnym ładunku emocjonalnym.    A planowane działania wznowionej, tym razem ministerialnej komisji Macierewicza, najprawdopodobniej nie przekonają licznych przecież zwolenników innej teorii.

Wyniki pracy Międzynarodowej Komisji Opiniodawczej, a przez to (możemy mieć nadzieję) zażegnanie konfliktu wokół tragedii Smoleńskiej nie rozwiąże wszystkich problemów zantagonizowania polskiego społeczeństwa.  Ale może być początkiem takiego procesu, i wskazaniem drogi do rozwiązywani tak wielu spornych problemów.

Pan, Panie Prezydencie, jest jednym z niewielu ludzi, którzy mogą podjąć działania w tym zakresie.

Na pewno jest Pan osobą najlepiej do tej roli predestynowaną.

 

Łącze wyrazy szacunku

Dr Paweł J. Dąbrowski

Kreatywne Strategie

list otwarty – Nie trwońmy naszej przyszłości

Dodany Czerwiec 3rd, 2015.
Kategoria: Negocjacje
Do: 
Pan Prezes Maciej Maniecki
Rada Przedsiębiorczości Lubelszczyzny
Do wiadomości:
Pan Marszałek Sławomir Sosnowski
Pan Prezydent Krzysztof Żuk
Panie i Panowie Posłowie, Radni, Profesorowie, Doktorowie i Redaktorzy, koledzy
 Szanowny Panie Prezesie,
Pięć lat temu, gdy przyjechałem do Lublina miałem nadzieję dołożyć swoją cegiełkę do
tego, by Lublin powtórzył „fenomen Cambridge”, które to miasto, z mocnego, choć prowincjonalnego miasta dokonało ogromnego skoku.
Cambridge, które wcześniej  było jednym z najbiedniejszych regionów Wielkiej Brytanii,
stało się siedzibą 70 spółek giełdowych, jednym z najbogatszych regionów, a 40 000 osób pracuje w firmach high-tech.  (Więcej: http://www.slideshare.net/pjdabrowski/powtrzmy-fenomen-cambridge )
 
Niestety, ani w województwie, ani w mieście (które ongiś obrało przedsiębiorczość jako jeden z czterech filarów rozwoju) nie sposób dopatrzeć się sensownej strategii rozwoju przedsiębiorczości.  Fakt, mamy trochę (ale bardzo niewiele) sensownych działań, ale mamy przede wszystkim koszmarne marnotrawstwo środków na budowanie słabo użytkowanej infrastruktury i rozbudowywanie „para-unijnej biurokracji”.Wielce kosztownym przykładem takich działań są budowane „inkubatory przedsiębiorczości”,
których efektywność działania jest nader wątpliwa, a jedynymi pewnymi beneficjentami będą instytucje, które miał możliwość stania się realizatorami projektów. Staną się one bowiem po zaledwie trzech latach realizacji projektów właścicielami tych nader kosztownych budynków.
(I będą mogły żyć z wynajmu…)Artykuł, przedstawiający obecny stan wiedzy dotyczący inkubatorów przedsiębiorczości, i związane z tym przemyślenia przesyłam w załączeniu.  Ukaże się on również w dzisiejszym Dzienniku-Gazecie Prawnej.Mamy też wdrażany w województwach wschodnich ogromnie kosztowny program „Platform Innowacyjności”, który wyklucza ze swej puli innowatorów osoby o największym potencjale innowacyjności, tj. grupę wiekową 35-45. ( I starszych też). A przecież tak potwornie kosztowna platforma nie działała by ani trochę gorzej, gdyby obejmowała wszystkich.
( Więcej o tym Gazecie Wyborczej  http://wyborcza.biz/biznes/1,100897,18027081,Mlody_czyli_przedsiebiorczy__Podyskutujmy_o_tym.html)
Mamy też podkarpacko-lubelską Wschodnią Sieć Aniołów Biznesu.  W ósmym roku funkcjonowania sieć ta ma.. osiem finansowań. Pięć lat temu, koszt doprowadzenia do jednego finansowania wynosił.. ok. jednego miliona zł.  Nie ma powodów, by sądzić, że jej efektywność nie poprawiła się w sposób istotny.  A przecież można zrobić to lepiej, bardziej efektywnie.
Podobnie, choć od wielu lat wiadomo, że bezzwrotne dotacje dla przedsiębiorstw są szkodliwe, że są korupcjogenne, marnotrawne i (co już zdecydowanie bezdyskusyjne) służą tylko jednemu „pokoleniu” przedsiębiorców, zamiast służyć rozwojowi przez wiele dziesiątków lat. (Pisałem o tym m.in. dla Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, Gazety Wyborczej, czy „NaTemat„).
Choć zapowiadano wielokrotnie przechodzenie na „instrumenty zwrotne” w obecnym rozdaniu środków unijnych stanowią one 90% finansowania przedsiębiorstw.
Piszę do Pana, bo wierzę, że Rada Przedsiębiorczości Lubelszczyzny, może zainicjować
rzetelną dyskusję na temat sensowności wydatkowania środków unijnych na rozwój przedsiębiorczości..

Piszę też do wszystkich Państwa, bo chce wierzyć, że wśród działaczy wielu partii są też tacy, którzy nie tylko chcą wygranej swojego stronnictwa, nie tylko załatwienia posad dla stronników, ale też mają na sercu dobro regionu i Polski.Mam też nadzieję, że nasze media, staną się rzeczywistym motorem zmian myślenia społecznego, pokazując zarówno błędy działań i strategii, jak i szanse rozwoju dla Lubelszczyzny.A przecież takie są, tyle, że z znacznym stopniu marnotrawione.

Od Pana – i od Państwa – zależy, czy to się zmieni…

Ostatnie wybory dobitnie świadczą o tym, że dotychczasowa polityka nie satysfakcjonuje społeczeństwa.  W tej sytuacji mamy dwie możliwości – albo pójdziemy w kierunku populistycznych licytacji (kto komu więcej obieca), albo w kierunku fundamentalnej dyskusji na temat stymulowaniu rozwoju nowoczesnej, efektywnej gospodarki.
I znów – to od Pana (m.in.) i od Państwa zależy, w którym kierunku pójdziemy…
 
 

 

łączę wyrazy szacunku
P.J.Dąbrowski
 

>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Dr Paweł J. Dąbrowski
RODC, AIMM, SBSSF

Nie trwońmy naszej przyszłości!

Dodany Czerwiec 3rd, 2015.
Kategoria: Negocjacje

motto: by zło zwyciężyło, wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie uczynili..

 

 

Z wielkim entuzjazmem, podobnie jak sprowadzenie „Pendolino”, spotkało się w kręgach politycznych i mediach  ogłoszenie o rozpoczęciu budowy dwóch „inkubatorów przedsiębiorczości” w Lublinie.  Problem jednak w tym, że podobnie jak w przypadku „Pendolino”  pożyteczność tego bardzo kosztownego przedsięwzięcia jest nader wątpliwa.  Gorzej: od pewnego czasu już wiadomo, że tak modne jakiś czas temu inkubatory są trwonieniem pieniędzy podatników. Takie wyniki dały zarówno badania Kauffman Foundation w Stanach Zjednoczonych, European Court of Auditors dla Komisji Europejskiej, jak i analizy Chrisa Dowsona w Australii.  Czas więc wziąć pod lupę projekty istniejących, a zawłaszcza przyszłych inkubatorów przedsiębiorczości na Lubelszczyźnie (podobno ma ich być szesnaście). Dlaczego?

Po pierwsze, inkubatory nie przynoszą pożądanych rezultatów.

Efektywne wdrażanie programów wspierania przedsiębiorczości czy innowacji nie jest łatwe. Niedawne studium Fundacji Kauffmana, przeprowadzone przez Aziza Gilaniego, firmy  dyrektora venture capital DFJ Mercury  nad 29 amerykańskimi  inkubatorami akademickimi zwanymi tam „Startup Accelerator” przyniosły pożałowania godne wyniki. Ponad 45% z nich nie dało ani jednego absolwenta, który przeszedłby do fazy pozyskiwania finansowania. Gdy próbowano ocenić i porównać ich funkcjonowanie, konkluzja była brutalna: wyniki są zbyt kiepskie, żeby dawało się je sensownie analizować.

Podobnie, choć dużo wcześniej – na innym krańcu świata, w Australii podjęto próbę oceny  wsparcia dla współpracy pomiędzy nauką i biznesem przez stworzenie w roku 1991 Cooperative Research Centres (CRS). „Przez 11 lat swojej działalności wiele spośród 123 ośrodków zniknęło bez śladu, pośród opowieści o bezsensownych kłótniach, arogancji i ignorancji związanej z procesem komercjalizacji.” – pisano w prestiżowym czasopiśmie biznesu „BRW” pod znamiennym tytułem „Świetny pomysł, żałosne wyniki”. W ciągu pierwszych 11 lat ośrodki te pochłonęły oszałamiającą sumę 7,2 miliarda dolarów… (Proszę wziąć poprawkę na inflację.) W roku 2001 pisano: „w tym roku 19 ośrodków zostanie zamkniętych, a 19 innych powstanie. Systematyczne badania nad ich efektywnością pokazały, że 70% nie dały satysfakcjonującego „rate of return” (zwrotu na inwestycji) – nawet według własnych kryteriów..” Autor badań, Chris Dowson, na co dzień prowadzący firmę komercjalizującą badania mówi: „gdyby ośrodki te oceniać według normalnych kryteriów, to powiedział bym, że 99% z nich nie dało satysfakcjonujących efektów”. 

Po drugie: po co te opóźnienia?

W niektórych elementach programu doszukać się można pewnej wartości: szkolenia, doradztwo itp. Pytanie jednak – jeśli mamy wartościowe elementy takiego programu, to dlaczego z ich uruchomieniem musimy czekać na wybudowanie „pudła”?

Istniejące organizacje – jeśli mają dostateczne „moce przerobowe” nie potrzebują przecież nowego lokum, by takie działania uruchomić. I można by to zrobić „już”. Bo „czas to pieniądz”. Czasem nawet więcej niż pieniądz: to kwestia tego, czy młodzi ludzie będą mogli znaleźć na Lubelszczyźnie pracę, czy też będą się czuli zmuszeni wyemigrować – do Warszawy, czy do Anglii w poszukiwaniu godziwego życia…

Działanie „na już” ma też kluczowe znaczenie ze względu na gromadzenie doświadczeń, wiedzy na temat tego, „co działa, a co nie”. Jeśli taką wiedzę zbudujemy, to w następnych latach będziemy mogli tworzyć bardziej efektywne programy..

Po trzecie: zadziwiający transfer majątku

Zadziwiający element finansowania „inkubatorów przedsiębiorczości” to zapis, o którym nie ma wzmianki w doniesieniach medialnych: wybudowane „inkubatory” po trzech latach przechodzą na własność organizacji – realizatora projektu. Cóż nie sposób dopatrzeć się społecznego pożytku z takiego transferu.  W efekcie można szacować, że:

  • 40% nakładów zostanie przeniesionych w postaci wybudowanych budynków na rzecz realizatorów projektu
  • 40 % pochłoną koszty zarządzania i promocji (projekty unijne mają bardzo koszty tego typu – tak ze względu na ich wymagania, jak i brak motywacji do efektywnego gospodarowania środkami)
  • a jedynie ok. 20% przewidywanych nakładów zostanie spożytkowane na działania związane z rozwojem przedsiębiorczości (diagram).

 

Szacując, że ok. ¼ administracyjnych kosztów projektów unijnych jest potrzebnych, to dochodzimy do wniosku, że istnieje uzasadniona obawa, że zaledwie jedna trzecia nakładów będzie wydawana na właściwy cel (choć, jak już wiemy z rozlicznych badań, i tak nieefektywnie), a 40% zostanie zawłaszczone.   (Chętnie zmodyfikuję powyższe informacje, jeśli dostanę rzetelne zestawienie kosztów.)

 

Tak, wiem, realizatorami projektów są organizacje „not-for-profit”, „nie dla zysku”.  Ale jak widzimy na przykładzie SKOK-ów, majątek taki bez większych trudności może być przekazany w ręce prywatne, już nie mówiąc o tym, że istnieje prostszy, mniej jaskrawy sposób prywatyzacji społecznego majątku. Metoda ta, ćwiczona przez wiele organizacji służących jakoby społecznemu pożytkowi sprowadza się do tego, że nakłady na szczytne cele służą przede wszystkim finansowaniu dostatniego życia zaradnych kierownictw takich organizacji. W naszym przypadku – czego nie sposób wykluczyć – będziemy świadkami fantastycznego pomysłu na dostatnią emeryturę: pasywny (to jest „nie wymagający pracy ani własnych nakładów”) dochód do końca życia z wynajmu pomieszczeń biurowych w byłym inkubatorze… Do końca życia, lub dłużej, jeśli swoje dzieci sprytnie wprowadzimy do naszych organizacji…

 

 

 

Refleksje

Obszar działań innowacji i przedsiębiorczości, i pojawiające się tam patologie z natury rzeczy jest trudniejsze do wykrycie niż drogi, gdzie kłują w oczy ekrany chroniące przed hałasem polne zające. Niestety, działania te, mające zdynamizować polską gospodarkę i pomóc tworzyć miejsca pracy są w ogromnej części marnotrawione:

  • widziałem uczelniany inkubator przedsiębiorczości, sfinansowany kosztem 18 milionów złotych, w którym działało sześć firm, zatrudniających kilkanaście osób;
  • widziałem bardzo kosztowne laboratorium dobrej skądinąd politechniki, działające (po roku od uruchomienia) na 20% możliwości.

Nawet prywatne firmy i indywidualni rolnicy nie są wolni od przypadłości związanych z „darmowymi pieniędzmi”: trafić gdzieniegdzie można na słabo wykorzystywane linie technologiczne kupione pośpiesznie „bo jeszcze można się było załapać”.  Gorzej, gdy np. rolnik kupował za 400 000 zł nowy ciągnik, bo dostał 50% dopłaty.. I został z dwustutysięcznym kredytem, gdy stary ciągnik, mógł tę samą robotę zrobić..  (I cóż mu zostaje, jeśli nie strajkować, gdy ceny produktów rolniczych nagle spadły?)

Niemcy dobrze wykorzystały  plan Marshalla, odbudowały gospodarkę,  zapewniając dobrobyt i bezpieczeństwo swojemu narodowi. Najwyższa pora, byśmy teraz, w ostatnim rozdaniu środków unijnych wzięli pod lupę sposób wydawania pieniędzy… Inaczej, po nie tak długich kilku latach, zamiast kwitnącej gospodarki będziemy mieli rzesze niezatrudnianych biurokratów, który teraz zajmują się rozdziałem środków unijnych, ich pozyskiwaniem, czy kontrolą wydatkowania. A zamiast tętniących pozytywną energią, współpracujących z gospodarką uczelni będziemy mieli (jak powiedział pewien lubelski profesor) puste hale po których tylko hula wiatr…

 

Pora, by nasi rządzący zajęli się nie tylko lepszą przyszłością krewnych i znajomych, ale i troską o lepsze rozdysponowanie publicznego grosza.

Pora, by nasi dziennikarze, „czwarta władza” i poniekąd elita narodu, przestali „łykać jak głodne pelikany” wszystkie PR-owe komunikaty, którymi potem karmią „ciemny lud” (utrzymując tenże lud w wyżej wymienionej ciemnocie). Pora, by poza kibicowaniem coraz to nowym pyskówkom pokusili się o rzetelne analizy celowości, opłacalności i realizacji najrozmaitszych projektów – od Pendolino, przez Stadion Narodowy i autostrady po programy przedsiębiorczości i innowacyjności.

Pora też wreszcie, byśmy my, jako obywatele, zaczęli pytać naszych posłów, radnych i włodarzy: Co robicie z naszymi pieniędzmi?  Czy wiecie, że się marnują? Jeśli nie wiecie, to czy to dlatego, że nie chciało się wam dowiedzieć, czy dlatego, że wam tak wygodniej, czy też dlatego, że na tym właśnie uwłaszczają się wasi krewni i kumple?

Nie znaczy to, oczywiście, że przedsiębiorcy, managerowie i pracownicy powinni czekać, aż „coś się zmieni” „tam, na górze”. Bo i „na górze” są pozytywne zmiany z punktu widzenia długofalowej konkurencyjności polskiej gospodarki. Pieniądze – już za parę miesięcy znów mają być.  Ale teraz, już nie będzie „kasy” na budynki i linie technologiczne.  Pieniądze będą na innowacje. Ale by „zacząć robić innowacje” potrzebujemy – jako naród – przełamać mentalność dziewiętnastowiecznego kapitalizmu i walki klasowej. Potrzeba, by pracownicy, każdy na swoim stanowisku pracy, troszczyli się o wydajność i jakość produkcji w swojej firmie. bo przecież tylko dochodowa firma może zapewnić na stałe miejsca pracy i godziwe zarobki. Tak, nie jest to oczywiste ani łatwe, nie tylko u nas. W amerykańskich korporacjach na 100 pracowników wypada rocznie zaledwie 16 wdrożonych usprawnień. Ale można to zrobić: Toyota przesunęła się z podobnego poziomu do… 48 wniosków na jednego (!) pracownika.

Klucz do wyzwolenia pomysłowości tkwi więc w rękach właścicieli i kadry managerskiej: to oni mogą stworzyć wspierający i inspirujący klimat dla rodzenia się innowacji.

Przełomowe innowacje (nawet w skali firmy, nie koniecznie w skali światowej), wymagają oczywiście czegoś więcej, niż stworzenie dobrego klimatu.  Do tego potrzeba systematycznej strategii poszukiwań, akceptacji (ale i minimalizacji) ryzyka, odpowiedniej adaptacji procedur (czy po prostu obyczajów) w firmach.  Pomóc też mogą profesjonalnie prowadzone warsztaty poszukiwania pomysłów na innowacje (nie, nie żadne szkolenia) – ale to już inny temat.

Systematyczne badania porównawcze pokazują, że w praktyce rzeczywisty poziom innowacyjności nie zależy od wysokości nakładów. Zależy od nie od tego „ile wydajemy” (bo każdy coś tam wydaje), ale od tego, „jak je wydajemy”.  I jest to pytanie, które sobie powinny postawić w Polsce władze, obywatele i dziennikarze. A „na swoich podwórkach” firmy i ich pracownicy, a przede wszystkim managerowie i właściciele.

 

Wreszcie, warto zadać sobie trzy fundamentalne pytania:

– czy jest sens realizować kosztowne, wielomilionowe projekty, które według profesjonalnych analiz nie przynoszą pożytku, a w najlepszym nawet razie stawiają w uprzywilejowanej pozycji kilkanaście firm?

– czy można mieć nadzieję, że rozliczne firmy i fundacje, noszące w nazwach piękne słowa „przedsiębiorczość” i „innowacje” będą zainteresowane poszukiwaniem efektywnych strategii, jeśli te nieefektywne dają możliwość „ustawienia się” na długie lata?

– czy zupełny brak głosów partii opozycyjnych, dotyczących marnotrawstwa „grosza publicznego”, jak i stwarzania okazji do uwłaszczania się na społecznym majątku przez zaprzyjaźnione organizacje wynika z niekompetencji tychże (jak chcą optymiści), czy też z chęci dorwania się samemu do takich możliwości (jak chcą tego cynicy)?

 

 

Na zakończenie – środki trwonione i przewłaszczane w ramach projektów związanych z innowacją i przedsiębiorczością są wielokrotnie wyższe, niż wywołujące medialne burze o „kilometrówki” czy lotnicze podróże Panów Posłów.  Czy, kto kiedy i jak zabierze się porządnie za analizę sensowności wydawania Państwowych, czyli naszych, społecznych pieniędzy?

Symbioza czy walka klasowa?

Dodany Marzec 30th, 2013.
Kategoria: Negocjacje

Sienkiewiczowski Zagłoba mówi „Rzeczpospolita to zbiór przywilejów stanowi szlacheckiemu przynależnych”, a Bogusław Radziwiłł idzie dalej „Rzeczpospolita to jeno postaw czerwonego płótna. /../ a my jeno ciągnąc będziem, co by nam więcej w garści ostało”.   Takie cytaty bacznego, a czasem złośliwego obserwatora rzeczywistości jakim był Sienkiewicz przychodzą do głowy, gdy patrzymy na spór pomiędzy panami Dudą i Kaźmierczakiem..

Związkowy lider twierdzi, że „to skandal, że jak ktoś pracuje tylko 70 godzin w miesiącu to będzie miał za te 70 godzin zapłacone”.    Jak sobie to przewodniczący wyobraża?  Że jak ktoś ma firmę, a zamówień w tym miesiącu tylko na dwa tygodnie, to powinien płacić za cały miesiąc?  Twierdzi dalej, że „śmieciówki”  to tragedia, że należy ich zabronić.   No fajnie, też bym chciał mieć gwarancję pracy, spokój ducha i pewność jutra.. Ale który przedsiębiorca je ma?  No, powiedzmy Ci, którzy mają ustaloną markę, reputację, mocny rynek.. (choć i tu nic pewnego nie ma..)  Ale przecież nowe miejsca pracy tworzą nieomal wyłącznie przedsiębiorcy na rozwijających się, nowych, z natury niepewnych rynkach. I jeśli mam pomysł na firmę, mogę zatrudnić kilka osób to co? Od razu etat i trzymiesięczny okres wypowiedzenia? W 90% przypadków zakładanie firm rozwojowych to „rozpoznanie bojem” – bo badania marketingowe rzeczy nieznanych są praktycznie niemożliwe…

Stać  jest, powiedzmy, „zwykłego” start-upowego przedsiębiorcę na zatrudnienie kilku osób na miesiąc -dwa..  jeśli wyjdzie, to utrzyma ludzi, a może i zwiększy zatrudnienie.. Ale jeśli nie? Proszę nie żądać ode nikogo, by podejmował zobowiązania na wiele lat, czy nawet na pół roku do przodu.  Zwyczajnie mało kogo stać by było na takie ryzyko. Zwyczajnie, jeśli pojedynczy przedsiębiorcza płaci dużo więcej, staje się niekonkurencyjny, a jak nie konkurencyjny, to „wyleci z rynku”. I pracownicy też..

 

Prezes ZPP twierdzi z kolei, że „ma w dupie” żądania godziwej pracy.  Jasne, można sobie wyobrazić, że ideałem dla niektórych przedsiębiorców byłby ktoś, kto pracuje za złotówkę na miesiąc. Tylko.. kto wtedy będzie kupował ich wyroby?  Żona i dziatki innych przedsiębiorców? Skąd mieliby się brać rzetelni i innowacyjni pracownicy, jeśli nie zapewni im się godziwego poziomu życia? Jak mieliby czas na rozwój intelektualny i pieniądze na wychowanie dzieci?

A tak naprawdę, to potrzebujemy i jednego, i drugiego. Potrzebujemy swobody wyboru, talentów i rozwoju ambitnych jednostek ale i solidarności społecznej. Mówią niektórzy, że największym wynalazkiem Forda było to, że płacił robotnikom tak wiele, „by mogli kupować jego samochody”.  To nie do końca tak. Bo… jaki procent klientów stanowili pracownicy? A tak naprawdę, to warunki pracy były tak wykańczające psychicznie, że musiał on płacić dużo więcej.

W naszym sposobie myślenia jesteśmy rozdarci pomiędzy tezami o potrzebie „nieskrępowanej wolności jednostki” a prymatem „dobra społecznego”, gdzie „jednostka niczym, jednostka zerem”..

Schemat, przekazywany przez ekonomistów, oparty o myślenie Adama Smitha mówi – gdy przedsiębiorcy konkurują na rynku, to, dbając każdy o własny interes przyczyniają się do powiększania puli wspólnego dobra.  Stąd wnioski – konkurencja jest dobra i potrzebna, i… tu mamy nadinterpretację w słynnej mowie Gordona Gekko „chciwość jest dobra”.

Jego antytezą były prace Marksa, które doprowadziły do komunizmu, który, jak starsi pamiętają był bardzo nieefektywnym systemem, gdzie już tylko ubóstwo było dzielone w miarę równo (ale rząd zawsze jakoś się zdołał wyżywić).

I oczywiście, zaakceptowaliśmy kapitalizm jako lepszy ustój, zapatrzeni, często bezkrytycznie w Amerykę…  Ale Stany, za swój agresywny kapitalizm płacą sporą cenę: jest nią – między innymi -najwyższy w świecie wskaźnik uwięzienia. W USA na 100,000 mieszkańców 751 siedzi „w kiciu”. Dla porównania – w Rosji, jest to 627; w Anglii 151; w Niemczech 88; a w Japonii 63. I nie jest to kwestia czułostkowo–inteligenckiego litowania się „nad tymi wrednymi kryminalistami”.  Jest to też – spójrzmy również na komfort życia klas wyższych – kwestia poczucia bezpieczeństwa.  Za tezę „niech pieniądz rządzi wszystkim” amerykanie płacą też, między innymi znacznie bardziej kosztowną, a mniej efektywną służbą zdrowia…  „Wolna amerykanka” ma swoje istotne ograniczenia.

Ale jest też inny niż konkurencyjny, model patrzenia na rzeczywistość, wart rozważenia i przyswojenia.  Model ten, opisany w fundamentalnej pracy „Tragedia wspólnoty” ekologa Garreta Hardina pokazuje, jak w wielu sytuacjach ludzie działając dla maksymalizacji własnej korzyści, nawet bez intencji krzywdzenia kogokolwiek, niszczą wspólne dobro, a przez to i swój własny dobrobyt. W klasycznym przykładzie jest to gminne pastwisko, na którym chłopi pasą swoje krowy. Każdy z nich – z osobna – zyskuje wprowadzając dodatkową krowę na pastwisko.  Ale ma ono swoją „pojemność” – zdolność utrzymania określonej liczby krów. Po przekroczeniu tej liczby dochodowość z każdej krowy stopniowo spada, aż do takiego poziomu, że krowy zadeptują pastwisko, nie mają co jeść, a krótkowzroczni chłopi nie mają żadnego dochodu.

Ten problem „wspólnego pastwiska” występuje w wielu sytuacjach – „grach”, niekoniecznie bezpośrednio z ekologią związanych. Jest to np. gra „bunt przeciwko tyranowi” – gdzie każdy z osobna może zostać ukarany, ale jeśli wszyscy „uciemiężeni” się zbuntują, to wszyscy wygrają. Jest to gra pod tytułem „podatki” które (jeśli wydawane przez rozsądny rząd) służą wspólnemu dobru – jak drogi, policja czy obrona granic; każdy z osobna zyskuje, wymigując się od podatków, ale jeśli wszyscy się wymigają to cały system państwowy runie – z wielka stratą dla wszystkich.

Taką grą, w szczególności, jest gra przedsiębiorców pod tytułem „godziwe płace”. Każdy z przedsiębiorców zyskuje mało płacąc (no, w krótkim horyzoncie); ale jeśli wszyscy będą dobrze płacić wzrośnie siła nabywcza rynku i wszyscy, również przedsiębiorcy będą się lepiej mieli bo będzie komu sprzedawać. To właśnie układy zbiorowe, pewien przyzwoity poziom płacy minimalnej zapewnia korzyści wszystkim graczom na rynku pracy.

Ale jest i druga strona tej bajki. Związki zawodowe (zwłaszcza te najsilniejsze), wymuszając czasem nadmierne przywileje działając w wąsko pojętym interesie swoich członków doprowadzają do obniżenia konkurencyjności swoich firm, a w rezultacie do niszczenia miejsc pracy… Często też, gdy żyją one z państwowych (czyli naszych) pieniędzy, stanowią balast dla całej gospodarki…  Trudno o lepszy przykład, niż szkoła, która ma 8 uczniów i 10 nauczycieli..

Dlatego potrzebny jest rozsądny kompromis w sprawie płac minimalnych, ale jest też miejsce na twórcze rozwiązania, gdzie można znaleźć sposoby na to, by „ciastko do podziału” było większe, by zlikwidować szkodliwe dla wszystkich absurdy, abyśmy nie spierali się tylko to, jak wydrzeć większy kawałek dla siebie…

Tym miejscem, zagadnieniem za które potrzebują się wziąć energicznie pracodawcy, a gdzie związki zawodowe, w swym dobrze pojętym interesie jest kwestia odbiurokratyzowania gospodarki.  Polskie przedsiębiorstwa duszą się przytłoczone wielością nieogarnianych, a i często wzajemnie sprzecznych przepisów. Ich uporządkowanie, a często wręcz eliminacja spowodowała by, że mogłyby się one rozwijać, a zatem.. i zatrudniać ludzi..

A gdyby tak.. Pousuwać te problemy, by firmy się rozwijały i na wyścigi proponowały coraz to lepsze warunki swoim pracownikom, by ich przyciągnąć, by ich zatrzymać? Czyż nie byłby to stan idealny dla ludzi pracy?

Jest też wiele innych spraw – jak choćby opłaty na ZUS, które w swej stawce są drobiazgiem dla 20% dobrze funkcjonujących przedsiębiorstw, ale są mordercze dla wielu samozatrudnionych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem… Jest też, sfera rozwoju przedsiębiorstwa, które może być obszarem owocnej, obustronnie korzystnej współpracy między związkami zawodowymi, załogami i managementem.

Wracając do kwestii „umów śmieciowych”: jedna kwestią jest ich czasokres, drugą „ozusowanie”.

Umowy między stronami powinny być zawierane jedynie na taki okres, jaki obie strony uznają za celowy. I tyle. Wymuszanie stałego zatrudnienia powyżej określonego okresu jest nie tylko szkodliwe (bo zwiększa ryzyko przedsiębiorcy, a więc zmniejsza chęć tworzenia miejsc pracy), ale i nieskuteczne.  Doświadczył tego n.p.  mój znajomy wykładowca niemieckiej uczelni, gdzie taką praktykę się stosuje. Uczelnia, zadowolona z jego usług, choć niepewna długofalowej koniunktury chciała przedłużyć z nim kontrakt o kolejne dwa lata.. Ale wtedy musiała by zatrudnić go na stałe..  Więc nie zatrudniono go wcale..

A co do „ozusowania”: system, w którym dwie firmy (i ich pracownicy), produkujące takie same „wihajstry”, ale różniące się jedynie tym, że jedna zatrudnia ich na umowę stałą, a druga na zlecenia, są obciążone różnej wysokości daniną. To jest zwyczajnie chore i dysfunkcjonalne. Co więcej – to wymusza na firmach, które działają w bardzo konkurencyjnych warunkach porzucanie stałych umów, i przechodzenie na „śmieciówki”. To zwyczajnie prowadzić będzie do krachu ZUS i całego państwowego systemu ubezpieczeń.

Inna rzecz, że ten państwowy system jest sam w sobie chory i dysfunkcjonalny- i to on musi być przedmiotem debaty.  Niemniej jednak, dopóki żyjemy w tym kraju, musimy szukać rozwiązań całościowych, brać się za bary z przyczynami problemów, a nie tylko szukać wygodnej ucieczki przed tymi problemami. Na długą metę to słabo działa..

Chcemy, czy nie, dzielimy ten los i jesteśmy wspólnie odpowiedzialni za przyszłość..

Czy chcemy żyć w kraju, w którym pracowników traktuje się jak z pogardą, a przedsiębiorców jak złodziei? Marzy mi się kraj, w którym pracownik jest szanowany za swój profesjonalizm, solidność i inicjatywę. Marzy mi się kraj, w którym przedsiębiorcy doceniani jako twórcy miejsc pracy, są inspirującymi wzorami dla młodych ludzi i cenionymi liderami lokalnych społeczeństw.

Ale by to się stało musimy pozbyć się zatęchłej mentalności walki klasowej. Możemy – jak Niemcy czy Skandynawowie mieć konkurencyjne przedsiębiorstwa i godziwie zarabiających pracowników (choć, tak jak i oni nie unikniemy naturalnych konfliktów).

Ale do tego, strony potrzebują zobaczyć w tych drugich – pracodawcy w pracownikach, a załogi w przedsiębiorcach – niezbędnego, niezastąpionego sojusznika w walce o przetrwanie i sukces w światowej konkurencyjności.

Zamordowany rynek

Dodany Marzec 9th, 2013.
Kategoria: Negocjacje

W 2008, gdy wróciłem do Polski po trzynastu latach pobytu w Australii usłyszałem od znajomej profesor zarządzania „Panie Pawle, rynek szkoleniowy został całkowicie zrujnowany”. A jej akurat kompetencji w tym zakresie odmówić nie można było; nie tylko wykładała w jednej z najlepszych uczelni, ale i  była właścicielką kilkunastoosobowej firmy szkoleniowo-doradczej…

Co zadziwiające, podobne opinie słyszałem wielokrotnie – ale tylko prywatnie. Na żadną, ale to żadną oficjalną wypowiedź w tej kwestii nie zdarzyło mi się trafić przez wiele lat.. Jeżeli już, to – wypisz-wymaluj – frazy z zapomnianej propagandy gierkowskiej..  „Nieprawdą jest jakoby”.. W wywiadzie dla jednej z prestiżowych gazet właściciel szkoleniowej firmy (korzystającej z unijnych dotacji) w odpowiedzi na wątpliwość „a, czy darmowe szkolenia nie niszczą rynku” mówi „przecież to normalne, że na rynku są produkty o różnej cenie!”

Czy powinno to dziwić? Długo po powrocie do Polski, nie mogłem się doszukać rzetelnych, analitycznych artykułów na temat „Strategii Lizbońskiej”, choć „gołym okiem” było widać, że ona nie działa..  dopiero później, ni stąd, ni z owąd ogłoszono, że „popełniono pewne błędy”, dokonano kosmetycznych poprawek i nastąpił „re-launch” strategii lizbońskiej..

Dlaczego tak się dzieje? Proste – ludzi „spoza branży” mało to interesuje, a insiders mają świadomość, że krytyka może im mocno zaszkodzić w ubieganiu się o rządowe dotacje..

W tym kontekście pewną nadzieję budzi wzmianka Pani Minister Bieńkowskiej, że obecnie „większe znaczenie będą miały mechanizmy rynkowe”, ale.. czy nie będzie tak samo jak z obietnicami zmniejszenia biurokracji?

 

Ale do rzeczy…

Podstawowym problemem jest rozerwanie więzi pomiędzy szkoleniowcem-trenerem, a klientem. W chwili obecnej pomiędzy nimi jest dwóch (lub trzech) pośredników; pierwszy – to ogólnokrajowa instytucja rządowa, która w oparciu o lepsze lub gorsze rozeznanie, ogłasza konkursy decydując kto, i w jakim zakresie ma być szkolony. Drugi – to firma organizacji szkoleń (nazwijmy je, w odróżnieniu od autentycznych firm szkoleniowych „org-szkol”) – która startuje w konkursie a potem sama z kolei ogłasza przetargi na realizację poszczególnych szkoleń. Czasem w tym łańcuchu trafi się i trzeci pośrednik.

Taka sytuacja powoduje – w porównaniu z rozwiązaniami rynkowymi – znacznie wyższe, a zupełnie zbędne koszty. Gorzej – rozbudowana struktura hierarchiczna powoduje zablokowanie przepływu informacji…

W tym układzie eliminuje się to, co w normalnym systemie jest kluczem do sukcesu – jakość.    Potencjalny klient nie ma możliwości zweryfikowania kompetencji trenerów, którzy często są angażowani na kilka dni przed rozpoczęciem zajęć.

Dalej… firma org-szkol wygrywa konkurs – zwykle w oparciu o cenę. Czasem dzieje się to dzięki koneksjom, czasem mówi się o zjawisku „prowizji od sukcesu”, która zdaniem „biegłych w temacie” waha się pomiędzy 7% a 10% wartości kontraktu…

Firma org-szkol nie ma już wielkiej  motywacji do tego, by znaleźć najlepszych trenerów; wystarczą tacy, którzy spełniają wymagania, a są tani. Trenerzy z kolei wiedzą, że muszą zrobić przyzwoicie swoje – ale nic ponadto.  Za dodatkowe kompetencje nikt im więcej nie zapłaci.

W tej sytuacji, zamiast wyścigu jakości i innowacji mamy równanie w dół, gdzie większe dochody trenerów wynikają wyłącznie z liczby dni szkoleniowych, a nie z unikalnej oferty, czy wysokich kompetencji. W rynkowych warunkach trenerzy piszą książki i artykuły by przekonać do siebie klienta, często też prowadzą własne badania, inwestują w zagraniczne materiały i szkolenia,  by mieć coś więcej do powiedzenia… Niestety, w systemie szkoleniowej „urawniłowki” nie bardzo się to już opłaca. (A o tym, że weryfikacja jakości przez testy na zakończenie jest tylko „picem na wodę”, wie każdy kto widział jak to wygląda w praktyce..)

system ten stwarza ogromne bariery dla naprawdę innowacyjnych, młodych firm szkoleniowych – cykl od aplikacji konkursowej, do otrzymania pieniędzy trwa co najmniej rok, a często znacznie dłużej. Jak zaistnieć w takim układzie? Gdy w 1990 tworzyłem wraz z grupą kolegów Centrum Negocjacji wystarczyły nam trzy miesiące, by osiągnąć samofinansowanie. W obecnej sytuacji byłoby to bardzo mało prawdopodobne..

Przypomnijmy – dumping – czyli sprzedaż po sztucznie zaniżonych cenach w wielu krajach był przestępstwem, a już na pewno jest zbrodnią przeciwko wolnemu rynkowi..

W istniejącym systemie organizacja szkoleń jest podporządkowana urzędniczemu „widzimisię” – zdarza się, że regionalny rynek zostaje zalany ofertami szkoleń dla wybranej grupy, a dla innych szkolenia pojawią się.. Bóg wie kiedy…

Wreszcie, ogromny wysiłek związany z pozyskaniem i rozliczaniem grantów, a także same ich reguły powoduje, że dominują wielkie projekty szkoleniowe – np. na 140 godzin..  A korzystniej byłoby mieć cały wachlarz krótkich kursów, z których klient sam sobie by dobierał to, co jemu jest potrzebne..

Ale można inaczej. I nie trzeba „wylewać dziecka z kąpielą”, dotacje mogą wspomagać system szkoleń. Możemy stworzyć zupełnie prosty system, w którym to przedsiębiorstwa będą decydowały jakie szkolenia, w jakim systemie są im potrzebne. Wystarczy, że by firmom refundowano 50%, czy 80% kosztów szkolenia personelu, i już.. bez wielkiej biurokracji.

To, co dzieje się w sferze szkoleń i grantów jest powrotem do gospodarki nakazowo-rozdzielczej.  Pora zawrócić z tej drogi; bo im dalej tam brniemy, tym kosztowniejszy będzie powrót.

W magazynie portalu WWW.NaTemat.pl  pojawił się artykuł p. Violetty Rymszewicz „Pochwała pesymizmu”, a następnie p. Marty Pawłowskiej z zadziwiającą tezą  „Smutny? Pesymista? To cechy ludzi kreatywnych, najlepszych pracowników”.

Niestety, mamy tu do czynienia zarówno z selektywnym dobieraniem faktów (lub nieznajomością szerszych badań i/lub ich kontekstu), nieuprawnionym rozciąganiem pojęć,  a wreszcie z niezrozumieniem istoty procesu innowacyjnego w organizacji.

 

Teza „pesymizm to cecha ludzi kreatywnych, najlepszych pracowników” została zbudowana na dwóch, prawdziwych skądinąd, spostrzeżeniach:

  1. Przesadne zabiegi rozwijające optymizm nie przynoszą efektu (ludzie którzy robili najwięcej afirmacji mieli gorsze rezultaty działania).

Wbrew pozorom w tych rezultatach nie ma nic dziwnego – jeśli samo pozytywne myślenie miało by zastąpić rzetelną analizę rzeczywistości i na dodatek energiczne działania to nic dziwnego.   Bo przecież to nie o wyczynianie cudów mantrami chodziło – jak mogło by się wydawać niektórym neofitom i propagatorom „pozytywnego myślenia”.

  1. Osoby nastawione pesymistycznie mają trafniejszy ogląd rzeczywistości.. Też prawda, ale nie cała..

Najzabawniejsze jest, że badania, które wzbudziły najwięcej zainteresowania pokazały, że najtrafniejsze oceny należą do… osób cierpiących na kliniczną depresję..   Ale tego autorki już się chyba nie odważyły napisać.

Pierwsze poważne zastrzeżenie, to sposób w jaki do tej tezy psychologowie dochodzili.  Jak piszą autorzy przeglądu badań   na ten temat „Znaleziono dowody potwierdzające tezę na istnienie depresyjnego realizmu, ale siła tych twierdzeń znika, gdy zwiększa się środowiskowa weryfikowalność tych badań”  („Positive evidence for the existence of depressive realism was found although the strength of that finding diminished as the ecological validity of studies increased.” (Keith Dobson i Renée-Louise Franche, Canadian Journal of Behavioural Science/Revue canadienne des sciences du comportement, Vol 21(4), Oct 1989, 419-433).

Jednym z popularniejszych badań było rzucanie lotkami do tarczy i pytanie o przewidywane wyniki kolejnych serii.   Co ciekawe, w tych badaniach kontrastem byli wysoce efektywni menadżerowie – i u tych stwierdzano systematyczne, nierealistyczne zawyżanie oczekiwań wobec swoich wyników.  A więc – nierealistyczny optymizm.

Można się zastanawiać – czy to dlatego, że owi ludzie sukcesu przenosili doświadczenia swojego poletka zawodowego na sytuację eksperymentu, czy też „wbudowany” optymizm dawał znać o sobie w obu przypadkach.

Tak, czy siak, wyniki badań nie dają podstaw do tak radosnej dla pesymistów tezy, jak stawiały autorki..

Dalej.. W zupełnie nieuprawniony sposób to właśnie nucie optymizmu w kulturze amerykańskiej zostały przypisany najgorsze plagi nękające to społeczeństwo – niewydolny system opieki zdrowotnej i przestępczość (dobrze, że tajfuny się uchowały).  Fakt, optymistyczne (na zewnątrz) społeczeństwo amerykańskie cierpi na te choróbska.  Ale czy to nie ma więcej wspólnego z wybujałym indywidualizmem i bezkrytyczną apoteozą wolnego rynku niż z optymizmem?

 

I wreszcie..

Prawdą jest, że smutek pomaga artystom, poetom tworzyć.  Ale czy rzeczywiście „ smutek jest pożądany w każdej branży. /../ Chodzi o smutek wynikający z niezadowolenia.”

A może potrzebny jest tu gniew, irytacja, niezgoda na rzeczywistość, na panujący „urzędowy optymizm”?

Może po prostu potrzebny jest zdrowy sceptycyzm, zamiast PR-owej „ściemy”?

Dla efektywnego wprowadzania innowacji, dla realnej kreatywności, trzeba być – jak Archimedes i Leonardo.  Choćby mniejszego formatu. (O szerokich zainteresowaniach Leonarda wiedzą wszyscy, a mało kto chyba wie, że Archimedes najpierw znany był jako poeta, potem jako inżynier, a ongiś tylko nielicznym jako matematyk.)

Efektywna innowacja wymaga wielokrotnego, cyklicznego przechodzenia od faz chłodnej, racjonalnej, krytycznej – a więc trącącej pesymizmem – analizy do dynamicznej, kreatywnej radośnie optymistycznej fazy poszukiwania pomysłów..  Tę dialektykę znajdziemy w idei brainstorming’u  Osborna jak w „six thinking hats” de Bono..

W drugim z artykułów zjawia się trafne spostrzeżenia „kreatywność to cecha wyjątkowo pożądana na rynku pracy, a wiele firm cierpi na jej niedobory.” I „jedną z największych zmór współczesnej korporacji jest „wizja bez implementacji””.

Właśnie.  Ale.. o ile zasmucony artysta – na pograniczu depresji – może napisać wiersz, może i namalować obraz (trudniej zaprojektować silnik) to faza implementacji, której tak brakuje jest fazą działalności przedsiębiorczej.

Skuteczny innowator w organizacji potrzebuje pozyskać zasoby (dostęp do laboratorium, maszyn, próbek), przekonać do pomysłu kolegów i szefów..  A tego „na smutno” nie da się zrobić.

Innowacje wymagają podejmowania ryzyka – tak przez inicjatora, jak i przez jego otoczenie.  A do tego niezbędna jest dawka optymizmu – nie koniecznie racjonalnego.

Pojawia się też w artykule p. Pawłowskiej teza „Nawet jeśli w firmie pojawia się pomysł, to brakuje już kolejnego na jego realizację i wdrożenie.”

Ha.. to chyba nie o to chodzi. Nie o brak pomysłów.  Ale o brak gotowości „oddania władzy” innowatorom nad „kawałkiem rzeczywistości”, brak długofalowego myślenia, woli poświęcenia doraźnego zysku i kwartalnych nagród na rzecz niepewnych ze swej natury inwestycji w „niesprawdzone pomysły jakiegoś tam inżynierka”.

 

W rzeczywistości (chętnie przedstawię swoje badania) organizacje mimo deklaracji „kreatywność to cecha wyjątkowo pożądana na rynku pracy” systematycznie tłamszą ich inicjatywę.  Czasem jest to zawłaszczanie pomysłów – a zwykle – najbanalniejsze ich ignorowanie.

 

To nie „dobór odpowiednich pracowników” – pesymistów zamiast optymistów jest kluczem.  (Mario Raich, współtwórca londyńskiej firmy innowacyjnych rozwiązań twierdzi, że nawet z najgorszych pracowników można wykrzesać innowacyjność).  Organizacje, które chcą być innowacyjne potrzebują podejść holistycznie do zagadnienia.  Nie wystarczą deklaracje, „misje”, „wizje” i „katalogi wartości”.   „Kultura organizacyjna” musi przejawiać nie w słowach, ale w gotowości popierania non-konformistów, eliminowania wewnętrznej biurokracji, akceptacji ryzyka, nieuniknionych błędów i wpadek.

Innowacyjna organizacja to nie frazesy, ale  wzorce osobowe (począwszy od szefa, który jest otwarty na polemikę), system realizowanych, a nie tylko deklarowanych wartości, otwarty system przepływu informacji i energiczna praktyka re-alokacji zasobów na nowe, obiecujące, choć i ryzykowne kierunki.

 

(Self-disclosure: autor jest magistrem matematyki, ukończył podyplomowe Studium Pedagogiki Twórczości, od wielu lat prowadzi treningi twórczego myślenia i rozwiązywania problemów.   Od wielu lat pracuje nad barierami innowacyjności w organizacjach i sposobami jej przełamywania. Jest sceptycznym optymistą i czasami pisuje wiersze.)

>>>>>>>>>>>

„Kropka nad i” do dyskusji o pesymizmie
Każdy kult i przesada to idiotyzm..
Ale nie można z np. kultu gimnastyki, w którym (wyobraźmy sobie) ktoś
twierdziłby, że samą gimnastyką uzdrowisz siebie i świat, czynić argumenty przeciw gimnastyce.

A optymizm ma solidne podstawy w badaniach:
w fundamentalnej pracy „Learned Optimism” z 1990, Martin E.P. Seligman pokazał, że:
> Optimists are higher achievers and have better overall health. Pessimism, on the other hand, is much more common; pessimists are more likely to give up in the face of adversity or to suffer from depression. Seligman invites pessimists to learn to be optimists by thinking about their reactions to adversity in a new way.

oraz..
w badaniach Petera Schulmana z Wharton Business School, opublikowane w The Journal of Selling and Sales Management, analizowano efekty optymizmu. W grupie agentów ubezpieczeniowych stwierdzono, że optymiści sprzedawali o 35% więcej, a pesymiści dwukrotnie częściej odchodzili z pracy po pierwszym roku.

Adam Góral, nie przypadkiem zwany „cesarzem polskiego IT” w liście do premiera Tuska podniósł kwestię, która długo była pokryta woalem milczenia – kwestię ustawiania przetargów i konkursów.

Wiele przetargów ustawianych jest „pod swoich” – a potencjalni konkurenci w ten czy inny sposób są eliminowani.  W Rzeszowie, przy budowie nie tak taniej podnoszonej sceny określono precyzyjnie średnice śrub – eliminując wszystkich potencjalnych konkurentów.  Z  przetargu Stoczni Szczecińskiej, wyeliminowano jedynego realnego, rodzimego, „stoczniowego” kandydata, który miał szansę powtórzyć wcześniejszy legendarny sukces Krzysztofa Piotrowskiego, gdy to w pozornie beznadziejnej sytuacji znalazł wyjście, ratując ją ku podziwowi profesjonalistów z całego świata.. (Niestety, to właśnie polityczne gierki utopiły ten wspaniały sukces polskich menadżerów i stoczniowców.)

Podobnie niedawno, gdy Krzysztof Piotrowski znalazł brytyjskiego inwestora dla swej stoczni, jej państwowy właściciel „nie wykazuje zainteresowania”…  (Patrz – http://szczecin.gazeta.pl/szczecin/1,34959,9632014,Piotrowski__Jest_kupiec_na_stocznie__Z_Wielkiej_Brytanii_.html)

A na list Adama Góral  jeden z ekspertów od „robienia ludziom wody z mózgu” p. Jerzy Ciszewski, mówi ”Polacy nie lubią skarżypytów.” (Puls Biznesu)   I ma rację!  Tak samo, jak w całej Polsce wstyd się dziewczynie przyznać, że została zgwałcona.  Dobrze, że nie jest tak, jak w niektórych krajach arabskich, że za bycie zgwałconą może dziewczyna pójść do więzienia.. Bo współżyła z obcymi..

Tak więc uczciwi przedsiębiorcy powinni – jak rozumiem przekaz pana Ciszewskiego – dać się j**ać, i stulić gębę.. Bo przyniosą wstyd sobie i rodzinie? Miastu?   A może czas zmienić sposób myślenia, i zacząć wymuszać zasady i obyczaje jakie funkcjonują np. w krajach skandynawskich, odchodząc od kumplowsko-klamkocałuśniej mentalności?

Mało jest osób równie dobrze predestynowanych do od roli lidera przemian, jak Adam Góral.   To co wielu dziennikarzy zdaje się uważać za „plamę na honorze” – zaczynanie od ketchupu – jest w brew pozorom dowodem i rękojmią uczciwości.  Adam Góral bowiem, w przeciwieństwie do bardzo wielu obecnych „liderów wolnego rynku” nie zaczynał dzięki tłustym kontraktom załatwianym przez dobrze ustawionych kumpli.

Mało jest osób równie wiarygodnych.  Pytanie, czy za listem prezesa Górala pójdą inni liderzy gospodarki? Czy organizacje biznesu żądać będą uczciwych reguł gry, czy też będą one służyć wypracowywaniu sobie „dojść” do dobrych kontraktów.

Czasy się zmieniają.  Dziadek jednego z najwybitniejszych amerykańskich prezydentów, Johna F. Kennedy był przemytnikiem whisky.   Czy zdołamy pokonać w jednym pokoleniu przepaść w mentalności od „gdzie można skombinować” do „nie pytaj co kraj może zrobić dla ciebie, pytaj co ty możesz zrobić dla kraju”?

Póki co plaga sobkostwa, prezentowana wyjątkowo zgodnie przez wszystkie partie – jeśli tylko w jakimś regionie są u władzy – daje klarowną, choć przykrą odpowiedź.

Ale list Adama Górala daje nadzieję. Tak trzymać, Panie Prezesie.  Tylko dzięki takim ludziom jak Pan coś się może w Polsce zmienić…

Dodany Czerwiec 10th, 2012.
Kategoria: Negocjacje

Tak paradoksalnie na świecie jest, że nacjonaliści z przeciwnych strony idą „ręka w rękę” – starając się „dokopać” tym drugim, a przez to wspólnie prowadzą do konfrontacji…

Pisma prawicowe w Polsce nawoływały do celebracji „Hołdu Ruskiego”, a post-sowieccy nacjonaliści do czczenia Stalina i kultywacji tradycji Armii Czerwonej..

Tak i teraz obserwujemy nawoływania do „zdzierania sowieckich symboli” i możemy się spodziewać podobnych zachowań ze strony rosyjskich kiboli…

Cóż.. idiotów nie brakuje po żadnej stronie. Gorzej, że nie brakuje też cynicznych politykierów, gotowych napuszczać na siebie narody, po to tylko, by umacniać swoje wpływy.

Ale prawdziwa walka toczy się o „rząd dusz”, wszystkich tych, co łatwo mogą zareagować na okrzyk „naszych biją”..

Nie pozwólmy więc na rozkręcanie się spirali nienawiści, nie pozwalajmy na to, by głupie, nacjonalistyczne prowokacje niszczyły nastrój Euro, ani nadzieję na pozytywne przemiany w Rosji..

Rozmawiajmy z Rosjanami nie tylko o Katyniu, ale i o Ciołkowskim, Sacharowie, Suworowie (tym od Akwarium).. I przyznajmy się do działalności Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego..

A wszystkim polecam piękna pieśń Okudżawy.. który tak jak Stalin był zrusyfikowanym Gruzinem, a jednak był jednym z najwspanialszych przyjaciół Polski…
http://www.youtube.com/watch?v=79VUyX_E9pk

Spacyfikujmy mącicieli przyjaznym nastawieniem, szukajmy wśród Moskali przyjaciół, a nie wrogów..

A życie dodało dwa komentarze:

1.  Korespondent w Rosji: Jeśli rosyjscy kibice zostaną sprowokowani, dadzą zdecydowany odpór

http://natemat.pl/16213,korespondent-w-rosji-jesli-rosyjscy-kibice-zostana-sprowokowani-dadza-zdecydowany-odpor

2. Rosjanie złożyli kwiaty pod tablicą upamiętniającą katastrofę smoleńską

http://natemat.pl/18185,rosjanie-zlozyli-kwiaty-pod-tablica-upamietniajaca-katastrofe-smolenska

 

 

Minister Nowak podejmuje zdecydowane działania na rzecz nagminnie bankrutujących podwykonawców..  Pytanie jednak, czy te działania, mające obronić ich przed chronicznym już niewywiązywaniem się zleceniodawców ze zobowiązań są tym co jest naprawdę potrzebne?

Wątpliwości budzi zarówno sposób rozwiązania (gwarancje i zaświadczenia) jak i sposób jej wprowadzania – przez kolejną ustawę.

Żądanie od wykonawców dodatkowych ubezpieczeń – na kwotę 3% kontraktu – na ew. pokrycie należności jest ruchem budzącym wiele wątpliwości.  Choć docenić można intencje, to efekt amortyzujący takiej kwoty jest wątpliwy (przy kosztach materiałów, które, jak skoczyły o kilkadziesiąt procent. I to przy ponad pięćdziesięcioprocentowym ich udziale w całej strukturze kosztów.  O ile jednak amortyzujący efekt jest wątpliwy, to na pewno wymóg takich ubezpieczeń w sposób istotny skomplikuje i przedłuży czas przygotowania oferty, a więc i całej procedury przetargowej.  A już obecnie często się zdarza, że czas przetargów i ustaleń jest dłuższy, niż czas prowadzenia robót inwestycyjnych.

Co więcej – Minister oczekuje, że główny wykonawca udokumentuje fakt zapłacenia pod-wykonawcom zanim sam otrzyma należność.   To w oczywisty sposób wyeliminuje z przetargów znaczną liczbę firm, które nie mają aż tak znacznych zasobów gotówki…  W konsekwencji realizacja projektów inwestycyjnych będzie droższa i jeszcze bardziej rozciągnięta w czasie..  Ale czy można inaczej?  Można.  Bardzo prosto. Przez pominięcie płatności na konto wykonawcy-koordynatora.  Jeśli obawiamy się problemów z płatnościami, można przyjąć zasadę, że inwestor płaci należność bezpośrednio na konto podwykonawcy po trzymaniu faktury parafowanej „przyjęto i zaakceptowano pod względem formalnym i rzeczowym” przez koordynatora inwestycji.  Nikt na tym nie traci, wszyscy zyskują.  Zyskuje nawet wykonawca-koordynator który mógł mieć kłopoty z pozyskaniem dobrych podwykonawców, który obawiać się mogli jego niewypłacalności..

Proste jest piękne, prawda?

Drugi problem, to sposób wprowadzania zmian.  Polska cierpi na obsesyjną wręcz chęć naprawiania wszystkiego przy pomocy kolejnych ustaw.  Ustawy – po pierwsze – z natury rzeczy wchodzą w życie z opóźnieniem, po drugie – przedłużają proces legislacyjny innych regulacji, i – po trzecie – z natury rzeczy są trudno zmieniane, bo w przypadku błędów wymagają uruchomienia kolejnego cyklu procesu ustawodawczego.   A przecież wiele potrzebnych zmian, a co najmniej te, mogą być w prowadzone w formie zalecenia, rozporządzenia czy po prostu jako rekomendacja dobrych praktyk dla instytucji prowadzących przetargi..

Bo przecież nie potrzebujemy więcej ustaw, potrzebujemy lepszych praktyk zarządzania.

Ale… Dawno temu, jeszcze „za komuny” mówiło się ironicznie „po co ma być prosto, jak można skomplikować.” I co?  „Nowe wraca”?

Ale nie chodzi o to, żeby krytykować błąd.  Każdy popełnia błędy.  Rzecz w tym, jak – w sposób systemowy zapobiegać takim błędom.

Już od dawna nauka pracuje nad zrozumieniem zagadnienia „dlaczego mądrzy ludzie podejmują głupie decyzje” – i,  co najważniejsze

„co z tym można zrobić”.   Wypracowana kilka efektywnych podejść, które w stosowane w odpowiedniej kombinacji dają możliwość unikania
błędnych decyzji.

Jedno, to metoda „burzy mózgów”  – metoda poszukiwania nowych pomysłów, pozornie dobrze znana, ale wcale nie tak często stosowana.
Drugie, to  pakiet zaleceń wynikających z identyfikacji problemu nazwanego „groupthink” – grupowym myśleniem; trzecie to technika zwana
„naradą morderców”, a rekomendowana  tam, gdzie decyzje dotyczą regulacyjnego wpływu „centrum” na zależne podmiotu.
Sprowadza się ona do poszukiwania sposobów, w jaki podmioty zależne mógłby „ograć” centrum pozornie podporządkowując się zaleceniom,
a w rzeczywistości maksymalizując swoje partykularne korzyści.

Metody lepszego podejmowania decyzji są w zasięgu ręki.  Wystarczy po nie sięgnąć.