Adam Góral, nie przypadkiem zwany „cesarzem polskiego IT” w liście do premiera Tuska podniósł kwestię, która długo była pokryta woalem milczenia – kwestię ustawiania przetargów i konkursów.

Wiele przetargów ustawianych jest „pod swoich” – a potencjalni konkurenci w ten czy inny sposób są eliminowani.  W Rzeszowie, przy budowie nie tak taniej podnoszonej sceny określono precyzyjnie średnice śrub – eliminując wszystkich potencjalnych konkurentów.  Z  przetargu Stoczni Szczecińskiej, wyeliminowano jedynego realnego, rodzimego, „stoczniowego” kandydata, który miał szansę powtórzyć wcześniejszy legendarny sukces Krzysztofa Piotrowskiego, gdy to w pozornie beznadziejnej sytuacji znalazł wyjście, ratując ją ku podziwowi profesjonalistów z całego świata.. (Niestety, to właśnie polityczne gierki utopiły ten wspaniały sukces polskich menadżerów i stoczniowców.)

Podobnie niedawno, gdy Krzysztof Piotrowski znalazł brytyjskiego inwestora dla swej stoczni, jej państwowy właściciel „nie wykazuje zainteresowania”…  (Patrz – http://szczecin.gazeta.pl/szczecin/1,34959,9632014,Piotrowski__Jest_kupiec_na_stocznie__Z_Wielkiej_Brytanii_.html)

A na list Adama Góral  jeden z ekspertów od „robienia ludziom wody z mózgu” p. Jerzy Ciszewski, mówi ”Polacy nie lubią skarżypytów.” (Puls Biznesu)   I ma rację!  Tak samo, jak w całej Polsce wstyd się dziewczynie przyznać, że została zgwałcona.  Dobrze, że nie jest tak, jak w niektórych krajach arabskich, że za bycie zgwałconą może dziewczyna pójść do więzienia.. Bo współżyła z obcymi..

Tak więc uczciwi przedsiębiorcy powinni – jak rozumiem przekaz pana Ciszewskiego – dać się j**ać, i stulić gębę.. Bo przyniosą wstyd sobie i rodzinie? Miastu?   A może czas zmienić sposób myślenia, i zacząć wymuszać zasady i obyczaje jakie funkcjonują np. w krajach skandynawskich, odchodząc od kumplowsko-klamkocałuśniej mentalności?

Mało jest osób równie dobrze predestynowanych do od roli lidera przemian, jak Adam Góral.   To co wielu dziennikarzy zdaje się uważać za „plamę na honorze” – zaczynanie od ketchupu – jest w brew pozorom dowodem i rękojmią uczciwości.  Adam Góral bowiem, w przeciwieństwie do bardzo wielu obecnych „liderów wolnego rynku” nie zaczynał dzięki tłustym kontraktom załatwianym przez dobrze ustawionych kumpli.

Mało jest osób równie wiarygodnych.  Pytanie, czy za listem prezesa Górala pójdą inni liderzy gospodarki? Czy organizacje biznesu żądać będą uczciwych reguł gry, czy też będą one służyć wypracowywaniu sobie „dojść” do dobrych kontraktów.

Czasy się zmieniają.  Dziadek jednego z najwybitniejszych amerykańskich prezydentów, Johna F. Kennedy był przemytnikiem whisky.   Czy zdołamy pokonać w jednym pokoleniu przepaść w mentalności od „gdzie można skombinować” do „nie pytaj co kraj może zrobić dla ciebie, pytaj co ty możesz zrobić dla kraju”?

Póki co plaga sobkostwa, prezentowana wyjątkowo zgodnie przez wszystkie partie – jeśli tylko w jakimś regionie są u władzy – daje klarowną, choć przykrą odpowiedź.

Ale list Adama Górala daje nadzieję. Tak trzymać, Panie Prezesie.  Tylko dzięki takim ludziom jak Pan coś się może w Polsce zmienić…

Minister Nowak podejmuje zdecydowane działania na rzecz nagminnie bankrutujących podwykonawców..  Pytanie jednak, czy te działania, mające obronić ich przed chronicznym już niewywiązywaniem się zleceniodawców ze zobowiązań są tym co jest naprawdę potrzebne?

Wątpliwości budzi zarówno sposób rozwiązania (gwarancje i zaświadczenia) jak i sposób jej wprowadzania – przez kolejną ustawę.

Żądanie od wykonawców dodatkowych ubezpieczeń – na kwotę 3% kontraktu – na ew. pokrycie należności jest ruchem budzącym wiele wątpliwości.  Choć docenić można intencje, to efekt amortyzujący takiej kwoty jest wątpliwy (przy kosztach materiałów, które, jak skoczyły o kilkadziesiąt procent. I to przy ponad pięćdziesięcioprocentowym ich udziale w całej strukturze kosztów.  O ile jednak amortyzujący efekt jest wątpliwy, to na pewno wymóg takich ubezpieczeń w sposób istotny skomplikuje i przedłuży czas przygotowania oferty, a więc i całej procedury przetargowej.  A już obecnie często się zdarza, że czas przetargów i ustaleń jest dłuższy, niż czas prowadzenia robót inwestycyjnych.

Co więcej – Minister oczekuje, że główny wykonawca udokumentuje fakt zapłacenia pod-wykonawcom zanim sam otrzyma należność.   To w oczywisty sposób wyeliminuje z przetargów znaczną liczbę firm, które nie mają aż tak znacznych zasobów gotówki…  W konsekwencji realizacja projektów inwestycyjnych będzie droższa i jeszcze bardziej rozciągnięta w czasie..  Ale czy można inaczej?  Można.  Bardzo prosto. Przez pominięcie płatności na konto wykonawcy-koordynatora.  Jeśli obawiamy się problemów z płatnościami, można przyjąć zasadę, że inwestor płaci należność bezpośrednio na konto podwykonawcy po trzymaniu faktury parafowanej „przyjęto i zaakceptowano pod względem formalnym i rzeczowym” przez koordynatora inwestycji.  Nikt na tym nie traci, wszyscy zyskują.  Zyskuje nawet wykonawca-koordynator który mógł mieć kłopoty z pozyskaniem dobrych podwykonawców, który obawiać się mogli jego niewypłacalności..

Proste jest piękne, prawda?

Drugi problem, to sposób wprowadzania zmian.  Polska cierpi na obsesyjną wręcz chęć naprawiania wszystkiego przy pomocy kolejnych ustaw.  Ustawy – po pierwsze – z natury rzeczy wchodzą w życie z opóźnieniem, po drugie – przedłużają proces legislacyjny innych regulacji, i – po trzecie – z natury rzeczy są trudno zmieniane, bo w przypadku błędów wymagają uruchomienia kolejnego cyklu procesu ustawodawczego.   A przecież wiele potrzebnych zmian, a co najmniej te, mogą być w prowadzone w formie zalecenia, rozporządzenia czy po prostu jako rekomendacja dobrych praktyk dla instytucji prowadzących przetargi..

Bo przecież nie potrzebujemy więcej ustaw, potrzebujemy lepszych praktyk zarządzania.

Ale… Dawno temu, jeszcze „za komuny” mówiło się ironicznie „po co ma być prosto, jak można skomplikować.” I co?  „Nowe wraca”?

Ale nie chodzi o to, żeby krytykować błąd.  Każdy popełnia błędy.  Rzecz w tym, jak – w sposób systemowy zapobiegać takim błędom.

Już od dawna nauka pracuje nad zrozumieniem zagadnienia „dlaczego mądrzy ludzie podejmują głupie decyzje” – i,  co najważniejsze

„co z tym można zrobić”.   Wypracowana kilka efektywnych podejść, które w stosowane w odpowiedniej kombinacji dają możliwość unikania
błędnych decyzji.

Jedno, to metoda „burzy mózgów”  – metoda poszukiwania nowych pomysłów, pozornie dobrze znana, ale wcale nie tak często stosowana.
Drugie, to  pakiet zaleceń wynikających z identyfikacji problemu nazwanego „groupthink” – grupowym myśleniem; trzecie to technika zwana
„naradą morderców”, a rekomendowana  tam, gdzie decyzje dotyczą regulacyjnego wpływu „centrum” na zależne podmiotu.
Sprowadza się ona do poszukiwania sposobów, w jaki podmioty zależne mógłby „ograć” centrum pozornie podporządkowując się zaleceniom,
a w rzeczywistości maksymalizując swoje partykularne korzyści.

Metody lepszego podejmowania decyzji są w zasięgu ręki.  Wystarczy po nie sięgnąć.

 

 

„Cholera jasna! To położy nasz budżet!” – przeklina burmistrz Gródka (4 999 mieszkańców) na wieść, że Kowalska powiła  dwoje bliźniaków.

Jak to możliwe?

 

Chyba trudno o lepszy czas, niż dzień matur matematycznych na ten temat..  Nauka matematyki nie powinna służyć wkuwaniu niepotrzebnych nikomu regułek, powinna rozwijać wyobraźnię..  Powinna dawać umiejętność „mierzenia świata”, kalkulowania planów i konsekwencji naszych działań..

Agendy Polskiego Państwa wykazują jednak czasem szokujący brak wyobraźni matematycznej.

A konkretnie: W dokumentacji konkursu otwartego  „Program Operacyjny Kapitał Ludzki” możemy przeczytać, że” Łączna wartość kosztów zarządzania projektem /../ nie może przekroczyć:

c) 20% wartości projektu w przypadku projektów o wartości powyżej 1 mln i do 2 mln zł

włącznie;

d) 15% wartości projektu /../ powyżej 2 mln i do 5 mln zł włącznie;

e) 10% wartości projektu w przypadku projektów o wartości powyżej 5 mln zł.”

 

W konsekwencji, jeśli mamy projekt o wartości 2 mln zł, to na zarządzanie nim możemy przeznaczyć 400 tysięcy; jeśli postanowimy jeszcze zrobić kilka rzeczy więcej, za 500 tysięcy, to kwota ta.. spadnie (!) do 375 tysięcy..  Jeszcze zabawniej, jeśli będziemy realizować ambitny, projekt, który oryginalnie miał wartość 5 mln a rozbudujemy go do 6 milionów… Wtedy to kwota na administrowanie projektem spadnie nam z 750, do 600 tysięcy.  Gdzie logika?

 

Ale to nic.  Można powiedzieć – projekty unijne nie są obowiązkowe, a darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.. Dlatego powinniśmy się cieszyć, że jakieś pieniądze z Unii dostajemy, bo to zastrzyk dla naszej gospodarki. Niby tak.. Ale..

Rządy- nawet pan-europejskie –  nie dają nam pieniędzy.  Rządy redystrybuują te, które od nas, podatników wzięto.  Nawet jeśli więcej, trzy razy więcej dostajemy z unijnej kasy niż stamtąd bierzemy, to i tak powinniśmy to przyzwoicie policzyć.

Bo – powiedzmy: wpłacamy 30 milionów, dostajemy 120.  Hurra!  Jesteśmy 90 do przodu.. Ale.. Jeśli 50%  tej kwoty jest marnowane na koszty administracyjne (po stronie wszystkich kolejnych szczebli administracji, beneficjentów, i tych co beneficjentami nie zostali)?  (Te ostatnie koszta są chyba najczęściej ignorowane…

A to, co jest wydatkowane zgodnie z z przeznaczaniem – na przykład dotacje na szkolenia jest wydatkowane o trzykrotnie  efektywnie, niż gdyby decydowały o tym same zainteresowane  organizacje?  Wtedy efekt „netto” miałby wartość (1/6 ze 120 milionów) –  20 mln.  I wtedy wychodziłoby, że jesteśmy 10 mln „do tyłu”…
Ale – przyjmijmy, na chwilę, że to tylko taka zabawa liczbami.  Bo to temat na dłuższą dyskusję.

 

Wróćmy do  przedstawionego na początku przykładu. Jak pisze p. Gniadkowski, w czasopiśmie „Wspólnota” (5 maja br.) bardzo podobny problem mają gminy z finansowaniem szkół.  Okazuje się, że  zastosowany tam  „schodkowy” system dotacji powoduje, że gmina, która ma 4 999 mieszkańców ma o 40% większe dotacje na ten cel niż gmina, która ma 5001 mieszkańców.   Coś tu chyba nie tak..  A dla gmin tych troszkę tylko większych, to często poważny, bardzo poważny problem.

A można to inaczej, lepiej zaprojektować.

Jak by co, polecam się…

 

PS:  A żeby było śmieszniej – a może – żeby było jeszcze mniej śmiesznie,

to znam gminę, która rozważała zmianę granic by tylko zejść poniżej 500o mieszkańców,
by uratować swój budżet…

(Autor jest – z pierwszego fakultetu – magistrem matematyki.  Choć tutaj to matura zupełnie wystarcza..)

Jednym z najbardziej inspirujących wydarzeń historycznych pokazujących czym jest, i co może być warta kreatywna strategia była bitwa pod Lekutrami, stoczona w 371 roku p.n.e., pomiędzy dominującymi liczebnie siłami Spartan i ich (często przymusowych) aliantów, a siłami tebańskimi pod wodzą Epaminondasa.

Wojska spartańskie składały się z 9 000 hoplitów (w tym 2000 cieszących się legendarną sławą Spartiatów), 1100 lekkozbrojnych peltastów i 1000 jeźdźców, podczas gdy tebańczycy mieli jedynie 6000 – 6500 hoplitów, 1000 peltastów i 1500 (lepiej wyszkolonych) jeźdźców.

Hoplici, byli podstawową, kosztownie wyposażoną siłą uderzeniową wojsk starożytnej Grecji, walczącą w niezwykle skutecznym szyku okrytej brązem i najeżonej włóczniami falangi[1]. Istotnym elementem wyposażenia hoplity, wpływającym na zachowanie żołnierzy i przebieg bitwy były ogromne tarcze, którym hoplita krył również prawy bok swego towarzysza z lewej. Stąd falangi miały tendencje do przesuwania się na prawo; by temu przeciwdziałać to na prawym skrzydle stawiano najlepsze oddziały – w dlatego też od tej pory – jest uważane za honorowe. Peltaści i jeźdźcy (którym do sprawności ich następców brakowało strzemion) pełnili role wywiadowcze i pościgowe, harcując przed frontem wojsk i osłaniając skrzydła.

Zgodnie z tym kanonem Spartanie stanęli do bitwy strony stawały mając swych aliantów na lewym skrzydle, a najlepsze oddziały Spartiatów, pod wodza króla Kleombrotosa, na prawym. Decydująca masą, uzbrojeniem  i wyszkoleniem falanga ustawiona została w 12 rzędów.

Trzymanie się klasycznego schematu skazałoby słabszych liczebnie Tebańczyków na nieuchronną klęskę; Epaminondas postanowił złamać ten schemat. Na swym prawym skrzydle falangi uformował głęboką na 50 szeregów kolumnę uderzeniową zamykaną przez „Święty Hufiec” – elitarną tebańską jednostkę zawodowych żołnierzy, natomiast lewe skrzydło, mające jedynie 8 szeregów, miało rozkaz wstrzymywania się od walki i – nie rozrywając szyku – z opóźnieniem miało wchodzić do boju.

Bitwa zaczęła się w dzień świąteczny, gdy Spartanie – choć obie strony stanęły w szyku bojowym – spodziewali się, że do bitwy raczej nie dojdzie. Gdy zgodnie z tym oczekiwaniem Epimondas rozpoczął wycofywanie swych wojsk do umocnionego obozu, taki sam rozkaz otrzymały wojska spartańskie.   Wtedy to, niespodziewanie, kawaleria tebańska zawróciła i uderzyła na jeźdźców spartański, rozbiła ich i zgoniła na lewe skrzydło wzbudzając po drodze zamieszanie w szeregach Spartan i ich sojuszników.

W chwilę potem ruszyła kolumna uderzeniowa, rozbijając falangę Spartan. Walczący z mniejszym entuzjazmem spartańscy alianci nie zdołała odciąć ani okrążyć tebańskiej kolumny uderzeniowej a mimo zaciekłego oporu Spartiatów ich król został zabity.  W lekkim zamieszaniu wojska spartańskiego sojuszu wycofały się do umocnionego obozu.

Po stronie spartańskiej straty wyniosły około 1000 żołnierzy, w tym aż 700 Spartiatów , podczas gdy po stronie Tebańskiej zginęło zaledwie 300 wojowników.  Pod wieczór poproszono o rozejm i zgodę na zebranie zwłok.

Epaminondas wyraził zgodę, jednakże, by uniemożliwić ukrycie rozmiarów strat wśród Spartiatów zażądał by najpierw zebrano zwłoki sojuszników. Dnia następnego, mimo utrzymania się przewagi liczebnej, ale w skutek wyraźnej niechęci sojuszników do walki, wojska sojuszu spartańskiego rozpoczęły odwrót, a bitwa pod Leuktrami nie tylko zniszczyła mit niezwyciężalności Spartan, ale też dała początek kreatywnemu myśleniu o strategii – nie tylko militarnej.

W szczególności – Epaminondas, nie pozwalając na zdominowanie myślenia przez czysto militarną konfrontację, pokazał jak wykorzystać wewnętrzną niespójność relacji przeciwnej strony (brak entuzjazmu sojuszników spartańskich), jak wykorzystać swoje atuty, zneutralizować swoje słabe strony i jak skutecznie stworzyć istotna przewagę na krytycznym odcinku; należy też docenić umiejętność stworzenia przewagi psychologicznej i wykorzystania wewnętrznej logiki poszczególnych elementów całego systemu…



[1] .  O znaczeniu i roli hoplitów świadczy choćby legenda termopilska, w której liczba 300 Spartan odnosi się jedynie do Spartiatów-hoplitów, a ignoruje rzeszę peltastów..